15 sie 2017

18. Zezwolenie

Aaron przechadzał się ulicami Hellionu. Dawno nie miał chwili, ażeby po prostu rozejrzeć się po okolicy i sprawdzić, jak żyje się tutaj obecnie. Jako dziecko często wychodził poza mury zamku, jednak wraz z dorastaniem, dostawał coraz to więcej obowiązków. Nawet dokładnie nie pamięta, kiedy ostatnio zatrzymał się i złapał świeże powietrze w usta nie przejmując się, że wróg czeka za plecami.
Tym razem jednak, znowu jego cel podróży podyktowany był rozkazem od ojca. Miał sprowadzić żywiołaki do Hellionu za wszelką cenę. Miał tylko jedną szansę na powodzenie. Nie mógł tego zepsuć. Nie mógł też prosić rodzeństwa o pomoc w świecie ludzi. Oni byli zupełnie inni niż on, zbyt lekkomyślni. Nefryt może i jest najsprytniejszą osobą, jaką znał, ale to sprawiało, że nie mógł mu ufać. Sabaceye zaś była nie do okiełznania w tak otwartym terenie. Sprawili by mu tylko kłopoty, a to zadanie musiało być ich pozbawione.
Gdy skończył rozmyślać, przystanął przy zardzewiałej bramie. Była ona pokaźnej wielkości, miała co najmniej trzy metry wysokości. Przyozdobiona była metalowymi liśćmi, które z pewnością wykonał jakiś zdolny, ludzki kowal. Cały teren wokół bramy był wyraźnie zaniedbany. Nieprzycięta trawa, zgniłe liście i liczne dziury, w których formowało się błoto. Atmosfera nie zachęcała. Sam budynek jednak był w kolorze ciemnego brązu. Większość okien zabita była deskami, jednak tam, gdzie ich zabrakło, wydostawało się ciepłe światło.
Aaron ostatni raz pociągnął nosem zapach wilgoci - zjawisko niezwykle rzadkie w Hellionie. Przekroczył pewnie bramę, choć w duszy niczego nie był pewny. Wszedł do budynku. Było tam zupełnie inaczej niż się spodziewał.
Gwarno, duszno i przyjaźnie. Wielkie pomieszczenie przypominało tawernę, choć każdy doskonale wiedział, że nią nie było. Ludzie siedzieli przy stolikach i grali w karty, wydając ostatnie pieniądze na alkoholowe przyjemności. To miejsce nie było przeznaczone dla ludzi, którzy mieli coś do stracenia.
Odnalazł swój cel w najciemniejszym kącie. Stolik, a tuż przy nim zakapturzona, męska postać. Tuż obok siedział ktoś jeszcze, choć od razu uciekł, gdy ujrzał Aarona. Jak wszyscy, którzy go rozpoznali. Po prostu uznali, że akurat w momencie, w którym przechodził obok ich stolika, niebezpiecznie byłoby przy nim siedzieć.
Aaron jednak nawet na nich nie spojrzał, od razu skierował się w kierunku swego celu. Gdy był już na tyle blisko, ażeby rozpoznać twarz mężczyzny ogarnęło go zadziwienie. Wyglądał o wiele starzej niż ostatnio. Zarost, zmęczone spojrzenie, choć dalej tak samo wrogie, no i te grube rękawiczki na dłoniach. Skórzane i czarne.
 — Ivar? — Aaron zaczął niepewnie. 
 — A niby kto inny? — Odpowiedział mu z nieprzyjemnością w głosie, choć Aaron tylko się uśmiechnął.
Natychmiastowo zajął miejsce po drugiej stronie dębowego stolika.
 — Skoro już tutaj jesteś, to zapewne coś ważnego — zakapturzony mężczyzna wymamrotał z niechęcią.
 — Po co te rękawiczki? — Zignorował go. 
Ivar odpowiedział mu prychnięciem. Złapał dłonią mocno za kufel piwa i pociągnął z niego, wycierając się rękawem.
 — Aż tak źle z tobą? — Aaron nie dawał za wygraną.
Ivar nie był jego przypadkowym wyborem. Posiada talent elektryczności, a większość, która kiedykolwiek go posiadała już dawno nie żyje. Jego dawny znajomy również nie wyglądał, jakby przepełniała go pełnia życia.
 — Czasem po prostu ciężko mi nad sobą panować — odpowiedział mu z uśmiechem — ale ty znasz to lepiej niźli ktokolwiek inny. 
Ivar był od niego wiele młodszy. Choć wcale nie było tego widać. Aaron wyglądał jak świeżo upieczony dwudziestolatek. Ivar zaś jakby zaraz miał się witać z trzydziestką. 
 — Chcę cię prosić o pomoc.
 — Ty mnie prosisz? — Zakapturzony prychnął — Czy twój ojciec?
Aaron uniósł kąciki ust delikatnie do góry, na co odpowiedział mu również jego towarzysz. 
 — To kiedy wyruszamy? 
 — Najpierw musimy poprosić o pomoc jeszcze jedną osobę. 
 — Skoro znalazłeś mnie, jaki problem może być z tą drugą?
Odpowiedział mu westchnięciem. 

xxxxx

Amira była doskonale przekonana o tym, że jej zmysł działa. Zaś jej towarzysze zaczynali wątpić, a nawet twierdzić, że trochę się zakurzył. 
 — Ademar, twoja gęba rzadko zamyka się na aż tak długo — zaczął Scott, na tyle cicho, ażeby nikt prócz mężczyzny go nie usłyszał. 
 — Tutaj jest zbyt cicho — odpowiedział, jakby chciał pokazać, jak bardzo doświadczony jest w sytuacjach tego typu. Jednak wcale nie był. I Scott doskonale to wiedział.
 — Śmierdzi spalenizną — podsumowała Raby wciągając zapach nosem.
Amira nagle zatrzymała się. Na krótką chwilę wydawała się skupiona. Jak gdyby piorun pośpiesznie skierowała się w stronę wypalonych drzew. Raby tylko przewróciła oczami.
Wszyscy poszli za nią, przecież nie mieli innego wyboru. 
 — Nie czuję tutaj niczego żywego, choć — przerwała na chwilę, ażeby się rozejrzeć — z pewnością tutaj byli. 
 — Chyba nadal są — Raby jęknęła cicho, acz pewnie. Dosłownie wbiegła w gruzy.
Z początku nie byłoby to nic nadzwyczajnego. Zawalony budynek i wypalona trawa. Na takich terenach pożary się zdarzają. Jednak ujrzała zakurzoną czuprynę swojej przyjaciółki. Każdy inny mógłby to pomylić z kawałkiem spalonej trawy. Jednak ona znała ją tyle lat i na litość boską, potrafiła jeszcze rozpoznać włosy Bonnie w najgorszej sytuacji z możliwych. 
Wyciągnęli ją z gruzów wspólnie, choć nie była to najprostsza rzecz na świecie. Bonnie wyglądała, jakby przeżyła wiele. To sprawiło, że serce Raby zostało przecięte na pół. I każda z tych połówek zdawała się boleć mocniej niż ta druga. 
Jej skóra przybrudzona była pyłem i krwią. Dłonie wciąż zaciśnięte miała w pięści. 
 — Myślisz, że żyje? — Ademar wykazał się jak zwykle niewiedzą o otaczającym go świecie zewnętrznym.
 — Nie oddycha — Amira mu wtórowała. 
Raby prychnęła na nich oboje i złapała za dłoń swojej przyjaciółki z czułością. Wszyscy mówili jej, że żywiołaka ciężko zabić. Miałyby to zrobić jakieś zwykłe gruzy? To niemożliwe, przecież chodzi o Bonnie!
Jak na zawołanie, płuca dziewczyny zaczęły charczeć, jak gdyby chorowała na ciężką odmianę gruźlicy. Po jakiejś minucie niepewności, oczy otworzyły się. Zachodziły mgłą. 
 — Kto ci to zrobił? — Raby wyszeptała, próbując sprawić, żeby wrogość nie wypełzła jej z ust. 
Bonnie jednak nie była w stanie odpowiedzieć na tak złożone pytanie. Wskazała dłonią na gruzy i wydawałoby się, że wyszeptała imię "Ariana".

xxxxx

Aaron i Ivar przemierzali ciemne korytarze. Jedynym światłem, które dostrzegali, była niewielka pochodnia na samym jego końcu. Czasem jeszcze mijali jakieś okno, które przepuszczało niewielką ilość niebieskiego światła.
 — Nigdy nie byłem w tym miejscu — zaczął mężczyzna, poprawiając rękawiczki na dłoniach.
Owa lokacja nie była ani trochę przyjazna. Przypominała więzienie, choć o nieco większym standardzie, niż te zazwyczaj posiadają. Było tam duszno. Jednak to nic dziwnego, znajdowali się w końcu na jednym z pięter zamku.
 — Tutaj znajduje się anielica, która świetnie włada talentem wody — Aaron odpowiedział mu na jednym tchu. 
 — Tutaj? To znaczy, że pochodzi z...
 — Z Eteru. Przecież w Hellionie nie znalazłbym nikogo, kto władał by dobrze wodą. 
 — Chyba nie pałasz sympatią do własnego ludu.
 — Tutaj — zignorował go, zatrzymując się przed celą. 
Okno było otwarte, toteż światło w pomieszczeniu niebieskawe. W samym kącie siedziała kobieta. Drobna, mała, skulona. Jej białe włosy ociekały wodą, podobnie jak jej bladawa skóra. 
 — Typowa anielica z Eteru. One wszystkie wyglądają tak samo — westchnął Ivar. 
Aaron zrobił krok do przodu, ażeby dobrze się jej przyjrzeć. Dziewczyna zacisnęła usta ze strachu i skuliła się jeszcze mocniej wbijając paznokcie w dłonie. Ivar nawet z dalekiej odległości czuł, jak jej oddech przyśpiesza z sekundy na sekundę. 
 — Ej! — Warknął Aaron. Już wcześniej obrał odpowiednią taktykę co do jej osoby. Nie zamierzał się z nią przyjaźnić, gdyż anielica prawdopodobnie niczym nie różniłaby się od innych z Eteru. Byłaby zbyt dumna, ażeby przystać na współpracę z Hellionu. Zamierzał załatwić sprawę strachem.
 — Spokojnie Aaron, nie widzisz, że ona ledwo dycha? — Ivar zacisnął pięści.
 — Nie mam czasu na nawiązywanie głębszych znajomości. 
Dziewczyna otworzyła szeroko oczy. Były ogromne, przepełnione strachem i smutkiem. Ivar jednak dostrzegł w nich nutkę nadziei. Dziewczyna najwyraźniej całkiem nie obumarła w tych ciemnościach.
 — Jak się tutaj znalazła?
 — Znaleziono ją przy Zegarze.
 — Przy Zegarze? W jakim celu? — Ivar zmarszczył brwi.
 — Może kiedyś ci opowie — odpowiedział mu beznamiętnie — teraz nie mamy na to czasu.
Aaron podszedł do niej na odległość metra. Gestem ręki nakazał jej, żeby wstała. Posłuchała go z opóźnieniem. Dopiero w pozycji stojącej mogli się jej lepiej przyjrzeć. Niemal białe ciało szpeciły obtarcia i siniaki. Musiała przeżyć długą drogę zanim tu się znalazła. Była boso, umazana w błocie.
 — Dlaczego jesteś cała mokra? — Aaron zadał jej podstawowe pytanie, ażeby nawiązać z nią choćby kontakt wzrokowy. Było to utrudnione, ponieważ dziewczyna wodziła wzrokiem po każdym szczególe celi skutecznie omijając swoich gości. 
 — Skoro jest taka dobra w tym swoim żywiole, może go po prostu nie umieć kontrolować dostatecznie — Ivar odpowiedział mu, jakby znał to z autopsji. Każdy anioł marzył o wielkiej mocy, ale żaden z nich nawet nie myślał, z czym się to wiąże. On sam musiał uciec od wszystkiego co wcześniej znał. Szukał swojego miejsca po świecie. Może ta mała dziewczyna musiała zrobić to samo? Tylko trafiła w nieodpowiednie miejsce. 
 — Skoro nie chcesz odpowiadać, nie odpowiadaj — Aaron próbował jakoś do niej dotrzeć, jednak jego głos wciąż był beznamiętny. — Zwrócę ci wolność, jeśli pomożesz mi w jednej rzeczy. Będziesz mogła odejść dokąd chcesz i nikt nie dowie się, że kiedykolwiek tu byłaś. Zgadzasz się?
 — Gdziekolwiek? — Dziewczyna przetarła oczy. 
 — Gdziekolwiek. 
Jej usta zadrżały. Ciężko im było stwierdzić, jakimi uczuciami obecnie się kierowała. Jednak po dłuższej chwili przytaknęła i Aaron odetchnął. Uśmiechnął się do niej delikatnie. Zupełnie jakby był inną osobą.
 — Teraz zostało nam najtrudniejsze. — Czarnooki stanął bokiem, ażeby i dziewczyna i Ivar mogli spojrzeć mu w twarz — Musimy albo sprowadzić żywiołaki tutaj, albo je zabić. 

xxxxx

 — Hassaya! — Larome warknął mocno.
Biały Syn nie sypiał od dawna. Sprawy się komplikowały, a on nie mógł odnaleźć rozwiązania. Wpatrywał się przez okno na kryształowe ogrody Eteru. Nic nie potrafiło go uspokoić od wielu dni. Może powinien wziąć sprawy w swoje ręce? 
Przerwał rozmyślanie, gdy Hassaya znalazła się w pokoju. Nawet ona nie potrafiła powiedzieć ani jednego słowa, które byłoby w stanie ujarzmić jego poczucie porażki.
 — Jak przeszpiegi? — Zaczął udając spokój. 
 — Wysłaliśmy trójkę. Elfkę z mieczem run i anielicę z talentem wody. Dodatkowo jednego obserwatora gdyby coś poszło nie tak. 
 — I coś poszło nie tak?
Hassaya przełknęła ślinkę. Zastanawiała się, co się stało z tą kobietą, którą jeszcze nie tak dawno była. Silna, odważna, podziwiania przez Larome. Czuła się paskudnie, nie mogąc w żaden sposób go zadowolić. Jeszcze nie tak dawno ich związek wcale nie potrzebował tak wiele.
 — Dwie zginęły — wymamrotała — obserwator wrócił.
 — Żywiołaki miały przewagę liczebną. To było do przewidzenia — Larome zaczął nerwowo ściskać szklankę z mlecznym płynem. Wydawał się nieobecny. Choć ona wiedziała, że słyszy każdy jej oddech.
 — Jedna z nich je zabiła. Wydaje się, że jest silniejsza z dnia na dzień...
Usłyszała głośne westchnięcie. Przepełnione rozczarowaniem i żalem. Nie miał siły na spory.
 — Zbierz wojska Eteru i Stowarzyszenia Koniożerców. Każ im wyruszyć o świcie — jego beznamiętność w głosie zmieniła się na pewien rodzaj szczęścia. Rzadko był w stanie okazywać takie uczucia.
 — W celu? — Hassaya udawała głupią. Miała jeszcze nadzieję, że Larome pomyślał o tym, że wojska są w stanie zabić jego własne dzieci. Łudziła się, że jeszcze w jakimkolwiek stopniu ją obchodzą.
 — Niech wyrżnie wszystkie żywiołaki. Nie obchodzą mnie zniszczenia. I tak Królowa się wykluwa. Nadchodzi koniec, Hassaya.
 — Co z dziećmi? — Spytała, a po policzku pociekła jej łza. Poczuła ogarniającą ją wściekłość, choć wcale nie chciała dać po sobie tego poznać.
 — Może przeżyją. Jeśli ci na tym zależy, możesz poprowadzić wojska. Zezwalam.