2 lut 2016

11. Pozorna uprzejmość

     Dziewczyna siedziała w czterech ścianach już godzinę. Przynajmniej tak jej się wydawało. Wszędzie drewniane meble i brązowe odcienie. W jej głowie kłębiły się różne myśli, nie były one pozytywne względem Czarnego Zakonu. Na korytarzu mijała osoby w różnym wieku i o różnym wyglądzie. Jednak wszyscy byli ludźmi, co napawało ją nadzieją. Miała dość obracania się pośród postaci wyższych statutem czy zdolnościami. 
       Wcześniej nigdy by nie odpuściła. Nie była taką osobą. Jednak gdy spojrzała blondynowi w oczy zobaczyła szczerość. Coś, co obudziło w niej ufność i po prostu uwierzyła mu na słowo. Nie przepadała za Aaronem, wszystko sobie przemyślała. Była jednak świadoma, że dopóki żyje, on nie da jej skrzywdzić ze względu na własne korzyści. Musiała się więc go trzymać, żeby zachować własne życie. Jeśli jego życie byłoby zagrożone, wówczas ona byłaby w niebezpieczeństwie. Byłaby narażona, osłabiona, odsłonięta przed wrogiem, którego nie znała. 
      Usłyszała podniesione głosy na korytarzu. Podeszła do drzwi, jednak nie otworzyła ich. Ostrożnie przyłożyła ucho. Przecież to mogło być cokolwiek. Jednak nie było. "On się wykrwawia" usłyszała gdzieś pomiędzy cichymi rozmowami. On?! Z impetem otworzyła drzwi i wybiegła na korytarz.
    Zobaczyła zakrwawioną koszulę, a trochę wyżej zmęczoną, pobladłą twarz Scotta. Jego wyraz twarzy wyrażał zmęczenie. Jakby zaraz miał osunąć się na ziemię. Podbiegła do niego, pomagając mu się podtrzymać. Syknęła z piekącego bólu, chociaż spodziewała się czegoś gorszego. Szczypta adrenaliny, wiadro złości i ból stawał się mniej odczuwalny. On tylko skinął jej z wdzięcznością i wskazując coś ręką wysapał jej do ucha:
 — Nie mogłem nic zrobić.
Przez pierwszą chwilę nie mogła odgadnąć o co chodzi. Spojrzała na kierunek ręki Scotta. Czwórka ludzi niosła nosze. Nosze. To były nosze. A na nich leżał Aaron. Był nieprzytomny, a wokół było pełno krwi. Jej świat na chwilę zawirował, jak gdyby ktoś grał z nią w głupią grę. Polegała na tym, że jakaś magiczna siła spełniała wszystkie jej obawy. "Nie da się z nią wygrać" pomyślała. 
 — Co się stało? — Spytała pewnie. Scott jednak jęknął z bólu przyciskając ranę na brzuchu.
Ciemno-brązowymi oczami napotkała zielone tęczówki. Były zrezygnowane, zmęczone i z pewnością wyrażały to, że ich właściciel nie chciał odpowiadać teraz na pytania.
Raby spostrzegła, że wszyscy ludzie, którzy wybiegli z pomieszczeń powędrowali zaraz do pokoju Aarona. Sama musiała zanieść Scotta do "własnych" czterech ścian. To nie było łatwe zadanie. Scott był umięśniony, przez co wyjątkowo ciężki. Starał się jej pomóc jak mógł, opierając ciężar całego ciała z ogromną trudnością na lewej nodze. Druga wyglądała, jakby rozszarpało ją dzikie zwierzę. Dodatkowo odczuwała piekący ból, który z sekundy na sekundę rósł. Był mniejszy, niż który czuła na plaży lub w lochach. To ją zadziwiło.
      Dziewczyna odgarnęła z umysłu złe myśli i rzuciła Scotta na łóżko. Odetchnęła. Zobaczyła, jak jego twarz próbuje wybełkotać nieme "dziękuję". Jednak to ostatnie co zrobił przed utratą przytomności.

      Ulleyele minęło miliony lśniących bielą obłoków. Wiły się nad jej głową. Rozciągały się za nią i jeszcze długo przed nią. Pociągnęła nosem idealnie rześkie powietrze, jak gdyby znajdowała się w centrum naturalnego lasu. Postawiła jeden krok przed siebie. Wtedy to zobaczyła. Mignął jej przed oczami idealnie ostry horyzont. Jak gdyby przed nią miało nie być nic. A jednak już po chwili dosłownie przed jej oczami, jak zaczarowane, zaczęły pojawiać się budynki. Niewielki, dwupoziomowy dworek z jasno-szarej cegły. Z wielkimi okiennicami i doniczkami na parapetach. Pod dworkiem była niewielka stajnia, do której wprowadzano akurat rumaka. Był biały w ogromne kremowe szaty. Między oczami wyrastał mu sporawy, masywny róg. Wyjątkowo ostry i majestatyczny. Jednorożce z reguły były dość agresywnymi zwierzętami. Nie posiadały duszy i sprawiały wrażenie ciągle gniewnych. Jednak ten okaz błyskał szczęściem i spokojem w oczach. Pewną błogością. Taką o której Ulleyele wciąż marzyła.
 — Rozejrzyj się — usłyszała tuż koło ucha. Po chwili nie widziała już w obrębie oczu Willi, została sama.
     Chciała się rozejrzeć. Poza bramy stowarzyszenia była pierwszy raz. Bardzo pragnęła poznać świat podobny do jej rodzimego. Do Eteru. Chmury były naturalnym środowiskiem nad Eterem. Hellion miał przecież swoje czeluści i ogromne lochy. Jedyne, czym okropnym i nieczystym Eter mógł się pochwalić był rukkoilijaskir i po części zakazany las. To było nic w porównaniu do czerwonych ziem*. Jednak teraz nie było czasu na wycieczki. Musiała znaleźć brata i miejsce bezpieczne dla Raby.
      Skierowała się do ogromnych, ciemno-brązowych wrót. Nie zamierzała pukać. Od razu weszła do środka. Wnętrze jej nie zaskoczyło. Było typowo-ludzkie. Drewniane meble i jasne ściany z dodatkiem ogromnej ilości roślin. Naprawdę ogromnej. Ktoś lubił zieleń.
 — Czego tu szukasz, czyścioszku? — usłyszała za sobą.
Ulleyele odwróciła się i ujrzała wysokiego młodzika. Jego skóra była jasna, włosy w kolorze ciemnego blondu. Spod nich wyrastały szpiczaste uszy. Chłopak dopiero co wrócił z jazdy konnej. Była pewna, że widziała go jeszcze przed dworkiem.
 — Szukam zbawienia — odparła cicho, nieśmiało.
Elf prychnął na jej słowa i wyminął ją. Na odchodnym powiedział od niechcenia "rób co chcesz" i zniknął za karminowymi drzwiami.
 — Nie zrażaj się anielico — znów ktoś ją zaskoczył.
Tym razem to staruszka z wysoko upiętą siwizną i normalnymi uszami. Jednak z pewnością nie była człowiekiem. Ze względu na niski wzrost i duże, niemal porcelanowe oczy.
 — Selevent! — Ryknęła głosem młodzika, choć kosztowało ją to dużo śliny.
Nagle blady elf wrócił. Zmierzył oskarżającym spojrzeniem staruszkę, a potem Ulleyele.
 — Dopiero wróciłem, chciałbym się przebrać, a nie usługiwać czyściochom — warknął opierając się o futrynę.
 — Rozwiąż problem panienki — powiedziała miło — szybciej stąd pójdzie.
Ulleyele uśmiechnęła się sztucznie, jak gdyby oczekiwała, że jednak ktoś się nią zainteresuje. Oni zawsze byli z pozoru mili, jednak nie należy ich lekceważyć. To zwykłe pozory.
 — Dlaczego ja? — Jęknął.
 — Bo akurat tutaj stoisz. No już, rusz się!
 — No dobra — westchnął teatralnie, kiedy staruszka opuszczała pomieszczenie.
Podszedł do niej i uśmiechnął się tak ciepło, jak gdyby trenował to całe życie.
 — W czym ci mogę pomóc? — Rozłożył ręce.
 — Szukam brata — odpowiedziała równie ciepło jak jego uśmiech.
 — Nie było go tu — wypalił bez zastanowienia z wciąż niezmiennym wyrazem twarzy. No może po prostu jego uśmiech był bardziej sztuczny niż poprzednio.
 — Ha! Wiesz.. Selevent — mruknęła, a jej żyłka na czole poczęła rosnąć — to zabawne. Wyobraź sobie, że mam inne informacje.
 — A więc inne? A skąd? W tym waszym Eterze mają jakąś czyścioszkową gazetę o stworzeniach pozbawionych duszy? Coś jak dziennik marbajski*? — Prychnął.
 — Nie wiem, możliwe. Nie mam nic wspólnego z Eterem. Za to wiele z Willą Smerthe.
Uśmiech spełzł mu z twarzy. Chłopak spojrzał na nią pytająco. Jakby nagle do jego mózgu dotarło z kim rozmawia i jakie mógłby mieć z tego korzyści.
 — Ty jesteś... Ulleyele? Drugie dziecko? — mruknął wciąż wytężając mózg.
 — O, jakiś ty bystry.
Zmierzył ją ciekawskim spojrzeniem.
 — No i jak tam ten drugi żywioł, hę? Bodajże powietrze.
 — Drugi żywioł? — Powiedziała sztucznie się uśmiechając. Choć jego zakłopotanie na twarzy prawie wprawiło ją w naturalny uśmiech.
— Jako dzieciak Larome urodziłaś się z jednym. A teraz jesteś aniołem stróżem!
Rozszerzyła oczy. Nagle w jej głowie aż huczało od domysłów.
      Została skazana przez swojego ojca bez żadnego konkretnego celu. Przecież Hellion praktycznie się nie ujawniał przez te dwa tysiące lat. Nie była mu potrzebna przez tyle, ile to trwało. Nagle postanowiono zrobić z niej i z przyrodniego rodzeństwa użytek. Anioł Stróż. Gdy jakikolwiek anioł obejmuje to stanowisko to zyskuje talent żywiołu. Ale ona już z jednym się urodziła jako dziecko Białego Syna. Jej własny ojciec chciał ją wykorzystać, narażając jej życie dla durnego marzenia o aniołach, które posiadają talenty dwóch żywiołów. Dwa żywioły to ogromna moc. Sam stwórca przecież posiada wszystkie cztery. Dzięki temu jego moc jest nieograniczona. Jednak ona doskonale wiedziała, że w jej żyłach płynie tylko talent wody. Zresztą... naprawdę marny. Dodatkowo powietrze, które miało należeć do niej przejęła Raby. Ona niestety też marnie nim zarządza. Teraz wszyscy są narażeni... ach, gdyby wiedziała o tym zanim zgodziła się ulżyć własnej matce i ambicjom ojca.
 — Czyścioszku — pstryknął jej przed twarzą. Udało się, wyrwał ją z zamyśleń.
 — Tak? — Odpowiedziała niemrawo.
 — Wyglądasz, jakbyś nie wiedziała — uśmiechnął się łobuzersko.
 — Selevent, zamknij twarz i zaprowadź mnie do brata. Lub do jaja Białej Królowej. Jak wolisz.
Elf prychnął, jednak nie wytrzymał i zaśmiał się na tyle mocno, ażeby skulić się pod własnym ciężarem. Po chwili z jego zewnętrznych kącików oczu poleciały łzy,
 — Dobre sobie, a teraz idziemy.
 — Marny elfie, o czym ty --
Niestety nie zdążyła dokończyć. Zimna stal tuż przy szyi brutalnie zmusiła ją do ciszy.
 — Mogę spełnić to pierwsze — wycharczał groźnie tuż przy jej uchu. Poczuła silny dreszcz na całym ciele.

      Jakaś kobieta, najprawdopodobniej służka, przychodziła co godzinę. Smarowała Scottowi ranę dziwną ciemno-szarą maścią. Jego stan polepszał się z każdą wizytą, aż do ósmego razu, kiedy chłopak odzyskał przytomność na tyle, ażeby uśmiechnąć się w typowym, irytującym Raby stylu.
 — Powiedz co tam zaszło — powiedziała beznamiętnie. Oczekiwała odpowiedzi. Była gotowa wyrwać mu ją z gardła.
 — Raby...
 — Jesteśmy tutaj sami! Możesz mówić.
Odpowiedział jej ciszą i w końcu, po tylu godzinach - stabilnym oddechem.
 — Obiecałeś, że będzie żywy! Do cholery! — wstała ze złości. Z fotela w kącie przesiadła się na ten tuż obok łóżka. Teraz mógł dokładnie obejrzeć jej spojrzenie dwóch ciemno-brązowych ślepi.
 — Jesteś dupkiem — westchnęła i uderzyła go w głowę. Zrobiła to mocno, przez co chłopak był zszokowany. Nie zabolało ją to prawie wcale. To było jak oparzenie w język. Dało się znieść. Ale przede wszystkim było warto.
 — On aż tyle dla ciebie znaczy? — usłyszała jego zachrypnięty, otoczony złością głos.
 — A co dla ciebie znaczy ta odpowiedź? Ty... — próbowała w myślach przypomnieć sobie jego nazwisko — Benetty!
Chłopak zarumienił się bardziej, niż tego potrzebował. Raby jednak pomyślała, że to ze złości. Tak przynajmniej chciała myśleć.
 — Przecież ja cię w ogóle nie znam — odparła chowając twarz w dłoniach.
 — Glasser. Widocznie znałem cię, nim zdążyłbym wyśnić, że cię poznam — odparł bez zastanowienia i szczerze. To ją zszokowało. Nie dlatego, że brzmiało zupełnie bezsensu. Dlatego, że w oczach chłopaka zauważyła to, że był całkowicie pewny swoich słów i dodatkowo... jakby wiedział więcej, niż powinien.
 — Pieprzysz człowieku — mruknęła cokolwiek, ażeby nie wyglądać, jakby się tym przejęła.
 — Wiem, że to trudne... zwłaszcza dla kogoś — spojrzał na nią z ciekawością — dla kogoś takiego jak ty. Wytłumaczę ci wszystko, kiedy będziesz tego chciała.
 — Jeśli — podkreśliła — będę tego chciała. Teraz chcę czegoś innego. Chcę być bezpieczna.
 — Będziesz — wypalił.
 — Aaron... on... teraz nie będę bezpieczna. Nigdzie i z nikim.
 — Nie potrzebujesz go, żeby być bezpieczna. Uwierz mi, przed tym, co cię czeka, obronisz się sama. Ale — wywrócił oczami — Aaron żyje. Może... nie ma się zbyt dobrze, jednak żyje. Tak jak obiecałem.
Sama nie wiedziała, które jego słowa ją ucieszyły. Pierwsza część znów zapewniała ją, że on wie więcej niż powinien.
 — Jesteś honorowy, aż dziw, że jesteś człowiekiem — spojrzała na niego pytająco. — Bo jesteś, prawda?
Scott tylko zaśmiał się w głos. To była pierwsza miła rzecz jaką do niego powiedziała. Podniosło go to na duchu.
 — Teraz tylko ludzi stać na honorowość. Wierz mi — powiedział, szepcząc ostatnie słowa.
 — Skoro Aaron żyje, to dlaczego go tu nie ma? — Westchnęła.
 — On po prostu... został pozbawiony energii. A nikt z obecnych nie zamierza mu jej podarować.
Raby zmrużyła oczy kręcąc głową. Przypomniała sobie, jak Ulleyele w zamku Mochii każdego wieczora przychodziła składając na jej ustach intensywny pocałunek. Potem patrzyła na nią siedząc na oknie. Jej wzrok był wtedy pełen radości, energii, jakby dopiero co odżyła. Za każdym razem czekała, aż uśnie. A wtedy... budziła się i jej już nie było. Mówiła jej, że tak właśnie karmi się jej energią. Czy Aaron również potrzebował kontaktów cielesnych do tego?
 — I co teraz? On się zregeneruje? Czy--
 — Nie — przerwał jej — zostanie warzywem. Może ktoś się zlituje. W każdym razie ty nie masz nad tym kontroli.
 — Jak już mówiłeś... poradzę sobie sama.
 — Pewnie, że tak — uśmiechnął się promiennie.
Wiedziała, że może go ocalić. Mochia jej to powiedział. Nie bez powodu. Czyżby wiedział, że jego syn będzie w niebezpieczeństwie? Chciała go ocalić, mogła jednak... Była tylko nastolatką. Do Ulleyele coś czuła. Magiczne połączenie, ufność. Czuła, jakby żywienie jej było jej powinnością. Aaronowi nie ufała ani trochę. Nawet go nie lubiła. Po prostu wiedziała, że lepiej być po jego stronie. Nie mogła go tak po prostu pocałować. Chyba, że mogła? Mogła? Może powinna...
 — Dlatego tym razem też sobie poradzę.
Raby wstała uśmiechając się słabo, niemal fałszywie.
 — Gdzieś idziesz? — Spytał ze zdziwieniem. Jakby naprawdę chciał, żeby została przy nim.
 — Sprawdzę co u Aarona.
 —  Ale...
Otworzyła drzwi szarpnięciem i wyszła bez słowa.

* Czerwone ziemie - inne określenie Hellionu.
* Dziennik marbajski - Mochia po śmierci swojej ukochanej miał fanatyczny zwyczaj nazywania wszystkiego jej imieniem. Stąd np: kaplica marbajska. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz