18 wrz 2015

01. Szkarłat krwi

      Nieprzyjemne dzwony budziły mieszkańców mlecznej krainy co siedemnasty dzień miesiąca. To wysoki na cztery metry dzwon wydawał się robić najwięcej hałasu. Wyglądał, jakby był stworzony z porcelany, odbijał ostre słońce na kilka różnorakich kolorów tworząc łuny światła wokół wieży. Jednak był stworzony z jakiegoś innego kruszcu, nieznanego wcześniej ludzkim rękom. Było też drugie źródło brzmienia, mniejszy złoty dzwon. Nie wydawał on tak silnych i bolesnych dla uszu dźwięków, ale niósł potężne i znaczące echo, wyznaczając wyższe tony ponad fioletową mgłę miasta.      Mieszkańcy tego dziwnego miejsca tylko przez kilka minut reagowali grymasem na znany im zwyczaj. Po paru godzinach nieprzestających hałasów przyzwyczajali się do niego i pracowali w rytm wyznaczany przez dzwonnika. Jak silne musiała mieć ręce ta istota, skoro zdołała wprawić w ruch dwa masywne dzwony przez kilka godzin? Jak wiele uszy tego kruchego starca potrafiły znieść? Pytanie goniło pytanie. To nie była istota ludzka, zwykła. Powłoka staruszka wydawała się imitować ludzką skórę, lecz zmarszczki na jego licu były głębsze niźli tylko można sobie wyobrazić. Skóra, która w odbijanym świetle wydawała się praktycznie przeźroczysta, wisiała naturalnie na kościach, a znaczna jej część zatrzymała się na szpiczastych łokciach. Włosy związane były w długi warkocz, lśniły w słońcu na mleczny kolor. Jego ślepia zdawały się składować całą pustkę tego świata. Twarz nie wyrażała żadnych emocji, staruszek zastygł na dobrych kilka godzin wykonując swój fach bez choćby tchu.
      W końcu dokonało się. Jego ręce opadły bezwładnie, a nogi zadrżały. Niby-porcelanowy dzwon wydał z siebie ostatni dźwięk i rozpadł się na milion kawałeczków. Drugi, złotem ozdabiany dzwonił dalej, roznosząc jeszcze przez kilka chwil echo swojego towarzysza. Ale na niego także w końcu przyszedł już czas. Nim ktokolwiek zdążył się obejrzeć sam dzwonnik zniknął ze swoimi instrumentami, przywracając ciszę.
      Miasto wydawało się wypełnione życiem. Otaczały je różnej maści istoty. Najczęściej jednak byli to ludzie - z pozoru normalni - odziani w jasne ubrania. To wszystko się kłóciło. Każdy z nich miał jasną cerę, jak nie najjaśniejszą. Oczy ich również świeciły bielą lub bardzo jasnym błękitem. Włosy były długie i bujne, w kolorach anielskiego blondu. Postura idealna, zdrowa, smukła. Byli wysocy i dumni ze swojego istnienia zadzierając nosy wysoko w górę. A w górze budowały się piękne strzeliste budowle ozdobione marmurowymi ornamentami.
      Jeden gmach przewyższał wszystkie inne swoją potęgą i pięknością. Był wysoki i lśnił srebrem. Okna głównej sali były na tylnej ścianie, wysokie aż po dach z kremowymi witrażami. Cztery wieże wspinały się aż do chmur. Jedna z nich, wydawała się najniższa. Miała tylko dwa okna w kształcie trapezów, a na samym szczycie złotą włócznię skierowaną idealnie na słońce w południe. Dwie kolejne wieże były identyczne, znajdowały się po środku i wspinały się trzy razy dalej niż pierwsza. Okna były za kratami, lecz mimo to lśniły pięknymi witrażami. Na szczycie usytuowane były dwa posągi. Jeden przedstawiał konia haczącego kopytami o chmury, zaś drugi złotego goblina. Ostatnia wieża, nazywana "łącznikiem boskim" nie miała żadnych ozdobników czy ornamentów. Wyglądała na świeżo wybudowaną. Jedyne co sprawiało, że była wyjątkowa to to, że zniknęła w chmurach, więc trudno było oszacować jej rozmiar. Tak prezentował się zamek, który przez poddanych nazwany został "Pławiącym Goblinem". To na jego szczycie co siedemnaście dni duch Jatteur'a dzwoni i wzywa na posiedzenie Kolektywu Protektorów Eteru. To jego wnętrze zamieszkuje Larome Romero, władca Eteru, biały syn stwórcy, ojciec anieli stróży. I właśnie tego dnia wezwał kolejne posiedzenie,  dla niejednych - najważniejsze w ich życiu.  
      Rada Kolektywu Protektorów Eteru zaczęła się zbierać w wielkiej sali oświetlanej wyłącznie przez światło słoneczne przedostające się przez witraże. Miała wiele ozdób oraz siedemnaście kolumn układających się w okrąg. Równo za kolumnami szły okrągłe schody, zaś pomiędzy tym wszystkim pusta przestrzeń, gdzie stanął marmurowy stół przyozdobiony świeżymi kwiatami. Na sale pośpiesznie wszedł niewysoki, rudobrody mężczyzna. Stanął na środku poprawiając pas na jego okrągłym, odstającym brzuchu. Otarł pot z czoła i ruszył w kierunku ostatniego krzesła po prawej. Zdjął skórzaną katanę i powiesił ją na oparciu kamiennego krzesła. Splunął na spracowaną rękę i przetarł stół.
 — Zawsze ten sam burdel. — Chrząknął mężnym głosem nie zaprzestając pucowania. — LULA! CHODŹŻE TU! — Wrzasnął tak głośno, że kryształowy żyrandol zatrząsł i wylądował na zdobionej posadzce. Gerb czuł, że wraz ze spadającym przedmiotem spada też prawdopodobieństwo jego przeżycia. Rozejrzał się w lewo, to w prawo i najciszej jak tylko potrafił postanowił wybyć z głównej sali. Niestety do jego uszu doszedł stukot obcasów. Gerb przełknął ślinkę i poczochrał się po brodzie. Bał się odwrócić? A może wciąż przepełniała go nadzieja?
 — Ludzki pomazańcu.. Gerbie — zadrwił damski głos, który wydawał się być wyprowadzony z równowagi, acz spokojny jednocześnie — odwróć się. — Polecił.
Mężczyzna bez zastanowienia odwrócił się na pięcie i uklęknął dotykając łokciami podłogi. Bał się spojrzeć w jej twarz. Bał się konsekwencji.
 — Och, wstań wreszcie, mamy coś do zrobienia — powiedziała.
Rudobrody niepewnie uniósł dłonie i spojrzał na nią. Za każdym razem wyglądała tak samo. Długa granatowa suknia bez zbędnych zdobień. Lekko niebieskawa skóra i łysa głowa wypełniona tajemniczymi runami. Spod jej bladawych powiek wypłynęły lśniące bielą oczy.
Gerb wstał, prostując się. W jego głowie kłóciło się całe jego człowieczeństwo, bo w przeciwieństwie  do wszystkich istot w Eterze on jedyny reprezentował ludzką egzystencję. Przejął go strach i zwątpienie, co zdarzało się niezwykle często. To opisywało człowieka najlepiej, był podatny na otoczenie i chłonął jak gąbka. A właśnie takich Ihellada nienawidziła najbardziej - posłusznych i pozbawionych własnego zdania.
 — Soroe'm victruz, soroe'm sepptre, ill vi naa ill — wyszeptała poruszając kościstymi łapami nad głową.
      Energiczne ruchy kobiety z początku dla prostego rudobrodego nie miały sensu. Jednak z czasem ludzka ciekawość skierowała jego oczy na sufit. Zadziwił go fakt, że na samym środku wisiał ten sam żyrandol, który wcześniej rozbity został przez jego niezdarne dłonie. Ale czy naprawdę to był ten sam przedmiot? Lśnił o wiele piękniej, niczym najznamienitsze kryształy ludzkich dusz wprost z głębin rukkoilijaskiru.
 — Martwią mnie Twoje poczynania — przerwał im męski głos — dość już tych zabaw.
Mężczyzna w krótkim czasie za sprawą swych długich nóg znalazł się naprzeciw Ihellady. Jego długie, blond loki spływały kaskadami na smukłe ramiona. Jego ślepia były jasno-niebieskie. Wpatrywały się w pustkę. Zakrywał swoje ciało białą szmatą przerzuconą za plecy. Zdawał się być zmęczony, lecz co mogło pozbawić energii władcę Eteru, Białego Syna? 
 — Ulleyele. — Szepnął tylko, a tuż zza jego pleców wyłoniła się kolejna postać. Była to dziewczyna również wysokiego wzrostu. Jej białe włosy spięte były w długi warkocz. Cała była naga, jedyne co choć trochę ją zakrywało to jej włosy wyrwane z uścisku fryzury.
 — Czy to drugie dziecię Ihellady Piron i Larome Romero? — Gerb wyrwał swoje ciało z przerażenia i odważył się spytać. Aż dziw, że tak rosły mężczyzna lękał się człowieka o wychudzonej posturze. Choć czy to był człowiek?
 — Pora zacząć, nie czekajmy na innych, mamy wszystko czego nam trzeba. — Ihellada zignorowała rudobrodego i jednym ruchem swojej blado-dębowej laski zamknęła wszystkie drzwi, ażeby choćby świst nie wymknął się z głównej sali. Świece zgasły, okna zostały zasłonięte grynszpanowymi kotarami. Tupnęła nogą w posadzkę i wraz z oddechem Gerba; zadrżało wszystko. Spod ich stóp wyłoniła się błyszcząca studnia. Stanowiła jedyne światło w pomieszczeniu.
 — Ihellado. - Znów jej przerwał, tym razem energiczniej, podchodząc do magicznie zamkniętych drzwi. Z łatwością otworzył je i wpuścił do pomieszczenia jeszcze trójkę innych. — To również moje dzieci Ihellado. Są dorosłe na tyle, aby zawalczyć o wszystko co się Eterowi należy.
 — Hol ma tylko trzysta lat, nie poradzi sobie z zadaniem takiej wagi. Nie jestem nawet pewna, czy posiadamy odpowiednich Żywicieli.  — Ihellada skłoniła się ku Larome, jakby próbując przekonać go, że tylko jej córka, Ulleyele jest zdolna do dzierżenia przyszłości Eteru.
 — Mamy cztery ciała, które choć nieżywe, dalej są wypełnione duszą*. To wystarczająca liczba aby obdarować niektóre moje dzieci.
 — Tak długo czekałam, aż zgodzisz się obdarować moją córkę, MOJĄ CÓRKĘ. Minęło 1994 lat, zanim zgodziłeś się je narazić. A teraz chcesz wszystkie je wykorzystać do zdobycia chwały? - Burknęła na jednym wdechu. Było już za późno, nim zorientowała się, jak bardzo rozgniewała Władcę. Dostała dwa uderzenia, jedno prosto w podbrzusze zaś drugie w twarz. Ból był ostry. Nie potrafiła wybrać, co bolało bardziej.
 — Przystąp do działania, albo wezwę którąś z sióstr, a ciebie się pozbędę...
Ihellada wypluła krew przed siebie i wytarła resztki z ust rękawem. Z udawaną radością przystąpiła do działania.
 — Hol, dziecino, podejdź tu — burknęła z miłością.
      Dziewczynka zaraz znalazła się tuż przy Piron. Miała jasne włosy do ramion. Jej bursztynowe oczy były zagubione i smutne. Wyglądała jak ludzkie dziecko w wieku może jedenastu lat.
Ihellada rozpoczęła swą powinność.
 — Ziemio stanowiąca korzeń wiary w talenty stwórcy, ziemio obecna na całym świecie, ziemio władająca życiem wszystkich, ziemio władająca roślinnością, wciel to ciało i pozwól się poprowadzić! — czerwone, ostre światło wystrzeliło w górę, zmieniając temperaturę w pokoju na nieprzyjemną. Z łysej głowy medium spłynął pot, uderzając o ledwo co reagującą na zmianę temperatury posadzkę. Ostro-żółta powłoka wydobyła się ze studni. Przypominała ludzkiego człowieka, jakby ducha, zjawę. Wisiała bezruchu w powietrzu.
 — Hol — ponagliła ją Ihellada.
Dziewczynka doskonale wiedziała, co ma zrobić. Niepewnie dotknęła dłonią poświaty, niby-zjawy. Ta złączyła się z jej ciałem, a dziewczynka upadłaby na ziemię, gdyby nie szybka reakcja Gerba.
 — Demary, zapraszam — skierowała się do chłopaka dosyć postawnego. Skórę miał śnieżną, włosy zaplecione w warkocz, oczy zaś czarne jak dwa węgle.
 —  Pierwotny ogniu żyjący w sercu stwórcy, smażący nieprzyjaciół i zamieniający w popiół ludzkie zamiary, ogniu gorejący, obejmij to ciało i poddaj się pod władanie! — kolejne światło wypełzło ze studni przepełniając wszystkich ciężkim smrodem zgnilizny. Uformowało się w drobne ciało. Demary zareagował zdziwieniem. Wchłonął je nie czekając ani chwili po czym upadł na podłogę z impetem.
 — Oliver, aleś ty wyrósł — szepnęła Ihellada, gdy ten następny znalazł się tuż przy niej. Był drobnej postury, choć wydawał się całkiem pewny siebie. Włosy miał krótkie z pełną grzywką wchodzącą w jasno-niebieskie oczy. Jego wzrok był przenikliwy, jakby wrogi.
 — Wodo pochodząca ze źródeł stwórcy, wodo niszcząca życie i wodo dająca życie, spłyń na to ciało, obdarz je talentem do ochrony tego co najcenniejsze, ludzkiego życia, ludzkiego ducha! — Wycharczała Ihellada sprowadzając wszechobecną wilgoć. Wyłoniła się trzecia zjawa, o głowę wyższa niźli sam Oliver. Chłopak uśmiechnął się nonszalancko i wchłonął energię. Zakrztusił się, okręcił trzy razy i padł - pierw na kolana - potem na plecy. 
 — Wreszcie, moja najsłodsza.. Ulleyele! — Ihellada uśmiechnęła się szeroko, na co dziewczyna skrzywiła się. Wymknęła się spod próby uścisku z matką i stanęła w należytym miejscu. 
 — Wiatry usypiające stwórcę, kołyszące stworzenia, odbierające mowę i talenty, wiatry wirujące wokół wszystkich istnień.. — mówiła wciąż Piron. Gdy zjawa ukazała się, Ulleyele jakby zaczarowana wchłonęła ją w siebie nim energia zdążyła opuścić studnie. Oczy dziewczyny wydawały się zamglone. Ona sama potknęła się, wpadając do wiekowego artefaktu.
 — Gerb, łap ją! — Krzyknęła ostatkiem sił Ihellada.
Niestety, brodacz nie miał na tyle krzepy, ażeby dobiec na czas. Dziewczyna przepadła, a wraz z nią sama studnia. Energia wokół nich przestała wirować. Dokonało się.
Ihellada ruszyła z rykiem na posadzkę. Dla niej wszystko się zatrzymało. Czas, serce.. Nie była w stanie stwierdzić, czy Ulleyele przeżyła. Nie potrafiła myśleć racjonalnie.
      Wstała nagle, celując w rudego brodacza swoją laską. Gerb aż posiniał ze strachu. Przełknął ślinę i wyjąkał:
 — Z pewnością uda się ją odnaleźć.. Pani! — zaczął powoli się wycofywać. 
 — Gerbie, Ty byłeś za to odpowiedzialny — podkreśliła ostatnie słowo.
 — Dobrze wiesz, że to nie prawda! — Ledwo co wydusił z siebie bezsilny krzyk, mnożąc tylko złość Ihellady.
 — Koniec z tym — powiedziała i uderzyła laską w podłogę.
Hałas rozniósł się prawdopodobnie po całym zamku. Otworzyły się tylko główne drzwi, a tuż za nimi czekały dziwne, małe postacie. 
      To były dzieci o dużych, bursztynowych oczach. W krótkiej chwili stały się przygarbionymi, oślizłymi bestiami. Z ich niewinnych usteczek zaczęła spływać ślina. Z palców wskazujących wyrosły długie szpony o mlecznym kolorze. Ich błysk wskazywał na to, że były wyjątkowo ostre. Zanim Gerb zdołał się im dokładniej przyjrzeć, całe stado znalazło się tuż przy nim, żywiąc się jego ciałem. Nie zdążył nawet się wystraszyć, na tyle szybkie zdawały się te istoty, zwane karielami.
Tymi samymi wrotami weszła tajemnicza postać. Stanął w jedynym blasku w pokoju, odbijał się od szkarłatu krwi. 
 — Masz szczęście matko... akurat je tu przyprowadziłem. — Mężczyzna oblizał palce z krwi i zaśmiał się szaleńczo.
Był dosyć wysoki, posturę miał zdrową. Blond-loki sięgały mu do ramion. Co rusz spoglądał to na matkę, to na konsumpcję karieli. Jednak to drugie wydawało się ciekawsze.
 — Wernm, to dziecinne — szepnął Larome do syna, wymijając Ihelladę i znikając w drzwiach.
 — Nie przejął się utratą własnej córki — szepnęła. — Ale dalej mam Ciebie! - Piron ścisnęła laskę w dłoniach. Z spod jej bladawych powiek pociekły kryształowe łzy. 
 — Te matczyne łzy to za Ulleyele? Proszę cię, wróci jak zawsze. — Prychnął i rozsiadł się na kamiennym krześle. — Coraz biedniejsze te meble w Pławiącym Goblinie.
 — Nie tym razem. Przekazaliśmy jej tytuł Anioła Stróża i rozdaliśmy talenty. Im wszystkim! —warknęła wskazując na porozrzucane po podłodze ciała — oni niedługo się zbudzą z ogromną mocą, a Ulleyele przepadła w świecie ludzi lub co gorsza — przerwała, ażeby pociągnąć nosem — w Hellionie!
 — Siostrzyczka Aniołem Stróżem? — Chłopak wybuchł tak głośnym śmiechem, że rozniósł się on po całej sali i przestraszył nasycone kariele. Nie zostawiły po sobie ani kropelki szkarłatnej krwi. Uciekły ze strachu.
 — Musisz ją odnaleźć. W Hellionie zginie, ze świata ludzi się nie wydostanie. Sprowadź ją! 
 — Co za to dostanę? Jakoś nie widzi mi się bieganie po świecie ludzi w innym celu niż obiad. —Westchnął uśmiechając się łobuzersko. 
 — Posiada talent wody. To jedyny wodny anioł z krwi Białego Syna. Jeśli zginie, nie będzie miał kto utrzymać linii żywiołu.. Jeśli zginie to Hellion wygra więc.. my wszyscy umrzemy a skoro umrzemy to.. --
 — Dobra, dobra — przerwał jej zdenerwowanym głosem — idę jej szukać, a ty może zajmij się płodzeniem nowego wodnego synka... czy tam córki. Nie chcemy umrzeć! — wstał wymachując rękami — nie chcemy, oj nie! 
Po tych słowach Wernm opuścił wielką salę, a Ihellada zaczęła głośno szlochać. 

Wypełnione duszą - ciała, które choć nieżywe, dalej są wypełnione duszą -- śmierć kliniczna

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz