— Kim jesteście? Dlaczego mnie wyciągnęliście?
Została uratowana przez dwie postacie. Jedna była wysoka, a druga wyjątkowo chuda. Nie potrafiła odgadnąć z ich postury nic więcej. Zbyt dużo emocji ją przepełniało. Czuła na sobie wzrok. Bardzo namiętny wzrok.
— Odpowiadaj! — Spojrzała na nich spode łba. Kręcone włosy wpadały do jej oczu. Pot spływał z czoła, aż w końcu dotarł do brody, gdzie całkowicie zamienił się w parę. Temperatura jej ciała podniosła się.
— Riddhi. Spójrz na nią — zwróciła się jedna do drugiej.
Tym razem Bonnie przyjrzała im się dokładnie. Chciała wiedzieć, kogo będzie palić w swoich piekielnych płomieniach. Drobniejsza dziewczyna miała zaplecione w warkocz czekoladowe włosy, jasnoniebieskie oczy i lekką sukienkę na ciele. Druga zaś ubrana była po męsku, w ręku trzymała krótki miecz. Miała włosy koloru ciemnego blondu, związane ciasno nad karkiem. Dodatkowo wystawały jej długie, elfie uszy.
— Mamy ją — uśmiechnęła się elfka. — Zamknij ją, Anachel.
Niebieskooka zaczęła falować delikatnie rękami, po czym tuż nad Bonnie zebrało się lustro wody. Zaczęło powoli opadać, i pochłonęłoby ją całą, gdyby nie szybka reakcja. Bon dorwała rękami szyję Anachel i ścisnęła ją w gardle. Anielica wrzasnęła z bólu.
— Macie mnie za idiotkę? — warknęła Hurricane i popchnęła dziewczynę w stronę zszokowanej elfki.
— Gdzie reszta? Gdzie ludzie, którzy byli ze mną? — Zapytała, a w jej oczach płonął ogień. Jakby wypełzł jej z oczu i podpalił wszystko, co stanęło mu na drodze. Trawy, drzewa, suche gałęzie czy opadłe liście. Papierowe i plastikowe śmieci wraz z każdym drewnianym fundamentem. Wszystko stanęło w płomieniach w ciągu chwili. Ogień rósł szybko, jednak zajął wszystko, co znajdywało się za Hurricane omijając ją samą.
Riddhi przełknęła ślinkę i złapała za miecz. Wymierzyła nim pokracznie w Bonnie.
— Poddaj się, a nic im się nie stanie — powiedziała elfka bez przekonania w głosie.
Bonnie warknęła jeszcze głośniej. Dźwięk jej głosu był na tyle silny, że odbił się echem od wszystkiego. Ścisnęła mocno pięści, aż zapaliły się jasno-czerwonym ogniem. Dziewczyna pod wpływem adrenaliny rzuciła nim jak zabawką w wrogie istoty przed nią. Riddhi objęła Anachel i kuląc się nisko, wymijała pokraczne ataki Bonnie. W końcu odepchnęła towarzyszkę i nakazała jej ucieczkę. Elfka stanęła przed Bonnie mocno obejmując rękojeść miecza. Był krótki, choć wyjątkowo szeroki. Wydawał się ciężki, gdyż jego powierzchnia nie odbijała światła jak wszystkie inne miecze, które Bonnie znała. Przez co mogła się tylko domyślać, że został stworzony z jakiegoś kamienia. Może marmuru? Ale co taki miecz mógłby zdziałać? Uderzenie zapewne by ją bolało, aczkolwiek nie zabiło. O ile cokolwiek mogło ją zabić. Ostatnią rzeczą na jaką zwróciła uwagę to płytko wyryte runy. Przedstawiały jakieś długie zdanie i ilekroć więcej ognistych pocisków trafiało w Riddhi, tym mocniej jarzyły się one zielonym światłem.
— Nie musisz nas atakować. Nie masz powodu — Riddhi powiedziała spokojnie, próbując odbić większość ognistych pocisków. Jednak po wypowiedzeniu tego zdania Bonnie zrobiła się tylko agresywniejsza. Trafiła elfkę w ramię. Bonnie była zszokowana i zaprzestała ataku. Wiedziała, że mogła zrobić jej krzywdę. Na to liczyła. Jednak widoku, jaki malował się przed nią nie spodziewała się.
Riddhi wygięła się w łuk i zawyła z bólu wprost do nieba. Jak gdyby ktoś miał ją usłyszeć i jej pomóc, Nikt nie przybył, a ognisty pocisk, który wylądował na jej ramieniu zachowywał się nienaturalnie. Objął całe je ciało niczym masywny koc. Wypełnił jej szpiczaste uszy, wypływał jej z oczu i z gardła. Riddhi skończyła na kolanach. Jej rzeźne łzy nie zdołały ugasić pożaru, który wybuch pod i nad jej skórą. Minęło kilka chwil nim dziewczyna pozostawiła po sobie popiół i czarny jak śmierć dym.
Krucha blondynka zrzuciła z siebie niewielki kawałek gruzu. Przyciskał jej ramię i choć było to dla niej niezrozumiałe - nic jej nie zrobił. Pozostawił po sobie kilka zadrapań, a z jej logicznego myślenia wynikało, że powinien połamać jej choćby kości.
Otarła pot z czoła i próbując wstać, uderzyła się w głowę. Nie poddała się jednak schylając się do bezpiecznej wysokości. Przemknęła pod gruzami, pod którymi tylko mogła i natrafiła na inną - miała nadzieję - żywą osobę.
— Oliver! — Jęknęła bez mocy. Jej gardło było suchsze niż po jakiejkolwiek wyprawie. Zawsze na lato wybierała się na podróże rowerem, często zapominając o rzeczach potrzebnych. Takich jak woda czy prowiant. Zawsze była przecież marzycielką. Właśnie przez to wciąż miała nadzieję, że Oliver żyje. Shel miała rację, nie pozostała tam sama. Oliver odpowiedział jej płytkim oddechem.
— Dzięki Bogu — powiedziała bez namysłu — znaczy... nieważne.
Przysunęła się nieco bliżej dotykając jego osmolonego policzka. Nachyliła się i złożyła na jego ustach beznamiętny pocałunek. Kiedy tylko zechciał, darowała mu je właśnie w takiej postaci. Pozbawionych uczuć. Nigdy by nie pomyślała, że pocałunek mógłby być tak pusty.
Przerwał im donośny krzyk Bonnie. Nie wołał o pomoc, lecz był niesamowicie groźny. Z pewnością do kogoś skierowany.
— Czy już w porządku? — Shel skierowała się do swojego anioła stróża. On złapał kilkanaście silnych oddechów i spojrzał na swoją wybawczynię. Była cała brudna, w czarnym pyle i smole. Jednak wciąż uśmiechała się. Blado i słabo, wciąż z nadzieją.
— To była Bonnie?
— Z pewnością tak.
Oliver próbował się zerwać, jednak przeszkodziła mu gruzowa płyta tuż nad jego głową. Zaklął siarczyście.
— Hedho — wysyczał, jak gdyby jakaś magiczna siła miała pozbyć się jego przeszkody. Po chwili tak się stało. Płyta zmieniła się w pył, który po kilku sekundach przemienił się w dostatek najczystszego powietrza jakie Shel miała kiedykolwiek w płucach.
— Shel — Oliver podniósł się do pozycji stojącej — gdzie Hol?
Dziewczyna pokiwała głową z pytającym spojrzeniem. Oliver był jedynym, którego widziała. Mała anielica prawdopodobnie utknęła pod gruzami razem z resztą.
— Nikogo nie widziałam.
— Więc spróbuj zobaczyć.
Znów miała na twarzy wymalowany grymas zdziwienia. Jak miała zobaczyć? Czyżby wiedział o niej więcej, niż ona sama? Shel przecież nie rozumiała wielu rzeczy wokół siebie, toteż nie zdziwiłoby jej to zbytnio.
Złapał ją mocno za ramiona i spojrzał głęboko w oczy.
— Możesz to zrobić. Wystarczy, że się skupisz. Dalej, Shel.
— O czym ty mówisz? Umiem poruszać wodą w butelce, nic poza tym. Dobrze o tym wiesz.
— Dobrze o tym wiesz? Wiem, że potrafisz o wiele więcej, niż typowy anioł z talentem żywiołu. Każda z was potrafi. Skup się na dźwiękach, na oddechach, na konturach. Ujrzysz ich, z pewnością.
— Skąd wiesz, że to możliwe?
Oliver westchnął ciężko.
— Miałem kiedyś znajomego. Długo ćwiczył nad tą zdolnością. Potrafił ujrzeć rzeczy, których normalni nie zauważali.
— Dlaczego ja miałabym to potrafić?
Złapał ją czule za policzek i uśmiechnął się z nutką nadziei.
— Jesteś specjalna Shel. Zaufaj sobie.
Skoro Oliver tak powiedział, to była pewna, że to prawda. Położyła palec na jego ustach gestem ciszy. Wytężyła słuch.
Nie musiała długo czekać, ażeby usłyszeć dziwny dźwięk. Zdała sobie sprawę, że to jej kruche serce. Biło wciąż w tym samym tempie. Czuła jak przez jej żyły przeciska się soczysta krew. Czuła pracę swojego żołądka i zaciskające się płuca. Chciała pójść o krok dalej. Chciała przecisnąć się przez te wszystkie głazy i usłyszeć choćby oddech. A usłyszała aż dwa, były niedaleko. Jeden spokojny, opanowany i miarowy. Tuż obok zaś inny, gwałtowny i szybki. Dwa serca, które biły w podobnym do siebie rytmie.
— Słyszę — uśmiechnęła się — słyszę! Olivier!
— Co słyszysz?
— Dwie osoby. Dziesięć metrów stąd.
— Dwie? — Oliver podniósł brew.
— Dwie.
— Słyszeliśmy Bonnie. Żyje, albo żyła z pewnością. To ona?
— Jej krzyk... pochodził z innego kierunku.
Tego Olivier obawiał się najbardziej. Brakowało jednej osoby z ich grupy.
— Olivier! Ktoś biegnie! Jest zmęczony! Tam!
— Za ścianą?
— To tylko jedna warstwa, poradzisz sobie. Zniszcz ją!
— Nie jestem pewien...
— Nie żyje — odezwała się Ariana wstając z podłogi. Otrzepała się z całego kurzu, choć niewiele to dało, bo po chwili znów osiadł się na jej skórze. Rozejrzała się baczniej po pomieszczeniu. Byli uwięzieni, ona, Demary i Hol. Drzewa nic jej nie szeptały, były nadzwyczajnie ciche co sprawiało, że Ariana dostawała szału. Stała przed martwym ciałem swojego anioła stróża i nie czuła nic, prócz irytacji.
— Jest ci smutno? — Znów się odezwała kierując się do Demary'ego przy resztkach ścian.
— Nigdy nie lubiłem tego twojego gadania — warknął.
Ariana uśmiechnęła się delikatnie.
— Bonnie krzyczała.
— Z pewnością to nie był okrzyk bólu. Była wkurwiona.
Demary starał się sprawiać pozory spokoju. Ariana jednak pierwszy raz słyszała, żeby klął. Był przecież tak dobrze wychowany. Jednak siedział pod zwłokami swojej siostry. Dotknęło go to, wiedziała to, nim zdążył to ukryć.
— Mój anioł stróż nie żyje. Cóż ze mną teraz będzie? — Jęknęła teatralnie przystawiając ucho do gruzów. Chciała usłyszeć drzewa, jednak one ją opuściły. Bez ostrzeżenia.
— Może twoje roślinki się tobą zaopiekują?
— One... mi nie odpowiadają!
Demary zaśmiał się melodyjnie, co rusz przerywając śmiech rzęsistym kaszlem.
— Ty masz im odpowiadać. Nie one tobie. Ty jesteś ich służką, nie odwrotnie.
— Sądzisz, że czymś ich rozgniewałam?
— Może śmierć Hol ma z tym jakiś związek.
— Niełatwo jest zabić anioła. Uwierz mi, to niemal niemożliwe. I z pewnością... to był anioł z talentem wody.
— To nie ma znaczenia. Jestem pozbawiona stróża, ha! Jestem bez ochrony!
— Hol to gówno, nie ochrona. Dobrze o tym wiesz. Zresztą wy wszystkie... wykraczacie poza nasz poziom.
Może nie powinien tego mówić. Jednak umiejętności Ariany go przerażały. Dawno przewyższała kogokolwiek, kogo znał osobiście. Bonnie również wydawała się być pełna mocy, której niestety nie potrafiła kontrolować. To tak, jakby pchła miała ochraniać psa.
— Robi się gorąco.
— Czyżbyś chciała znów obdarować mnie energią? — Wyszczerzył zęby.
— Ten budynek chyba... znów płonie!
— Nie musisz nas atakować. Nie masz powodu — Riddhi powiedziała spokojnie, próbując odbić większość ognistych pocisków. Jednak po wypowiedzeniu tego zdania Bonnie zrobiła się tylko agresywniejsza. Trafiła elfkę w ramię. Bonnie była zszokowana i zaprzestała ataku. Wiedziała, że mogła zrobić jej krzywdę. Na to liczyła. Jednak widoku, jaki malował się przed nią nie spodziewała się.
Riddhi wygięła się w łuk i zawyła z bólu wprost do nieba. Jak gdyby ktoś miał ją usłyszeć i jej pomóc, Nikt nie przybył, a ognisty pocisk, który wylądował na jej ramieniu zachowywał się nienaturalnie. Objął całe je ciało niczym masywny koc. Wypełnił jej szpiczaste uszy, wypływał jej z oczu i z gardła. Riddhi skończyła na kolanach. Jej rzeźne łzy nie zdołały ugasić pożaru, który wybuch pod i nad jej skórą. Minęło kilka chwil nim dziewczyna pozostawiła po sobie popiół i czarny jak śmierć dym.
...
Krucha blondynka zrzuciła z siebie niewielki kawałek gruzu. Przyciskał jej ramię i choć było to dla niej niezrozumiałe - nic jej nie zrobił. Pozostawił po sobie kilka zadrapań, a z jej logicznego myślenia wynikało, że powinien połamać jej choćby kości.
Otarła pot z czoła i próbując wstać, uderzyła się w głowę. Nie poddała się jednak schylając się do bezpiecznej wysokości. Przemknęła pod gruzami, pod którymi tylko mogła i natrafiła na inną - miała nadzieję - żywą osobę.
— Oliver! — Jęknęła bez mocy. Jej gardło było suchsze niż po jakiejkolwiek wyprawie. Zawsze na lato wybierała się na podróże rowerem, często zapominając o rzeczach potrzebnych. Takich jak woda czy prowiant. Zawsze była przecież marzycielką. Właśnie przez to wciąż miała nadzieję, że Oliver żyje. Shel miała rację, nie pozostała tam sama. Oliver odpowiedział jej płytkim oddechem.
— Dzięki Bogu — powiedziała bez namysłu — znaczy... nieważne.
Przysunęła się nieco bliżej dotykając jego osmolonego policzka. Nachyliła się i złożyła na jego ustach beznamiętny pocałunek. Kiedy tylko zechciał, darowała mu je właśnie w takiej postaci. Pozbawionych uczuć. Nigdy by nie pomyślała, że pocałunek mógłby być tak pusty.
Przerwał im donośny krzyk Bonnie. Nie wołał o pomoc, lecz był niesamowicie groźny. Z pewnością do kogoś skierowany.
— Czy już w porządku? — Shel skierowała się do swojego anioła stróża. On złapał kilkanaście silnych oddechów i spojrzał na swoją wybawczynię. Była cała brudna, w czarnym pyle i smole. Jednak wciąż uśmiechała się. Blado i słabo, wciąż z nadzieją.
— To była Bonnie?
— Z pewnością tak.
Oliver próbował się zerwać, jednak przeszkodziła mu gruzowa płyta tuż nad jego głową. Zaklął siarczyście.
— Hedho — wysyczał, jak gdyby jakaś magiczna siła miała pozbyć się jego przeszkody. Po chwili tak się stało. Płyta zmieniła się w pył, który po kilku sekundach przemienił się w dostatek najczystszego powietrza jakie Shel miała kiedykolwiek w płucach.
— Shel — Oliver podniósł się do pozycji stojącej — gdzie Hol?
Dziewczyna pokiwała głową z pytającym spojrzeniem. Oliver był jedynym, którego widziała. Mała anielica prawdopodobnie utknęła pod gruzami razem z resztą.
— Nikogo nie widziałam.
— Więc spróbuj zobaczyć.
Znów miała na twarzy wymalowany grymas zdziwienia. Jak miała zobaczyć? Czyżby wiedział o niej więcej, niż ona sama? Shel przecież nie rozumiała wielu rzeczy wokół siebie, toteż nie zdziwiłoby jej to zbytnio.
Złapał ją mocno za ramiona i spojrzał głęboko w oczy.
— Możesz to zrobić. Wystarczy, że się skupisz. Dalej, Shel.
— O czym ty mówisz? Umiem poruszać wodą w butelce, nic poza tym. Dobrze o tym wiesz.
— Dobrze o tym wiesz? Wiem, że potrafisz o wiele więcej, niż typowy anioł z talentem żywiołu. Każda z was potrafi. Skup się na dźwiękach, na oddechach, na konturach. Ujrzysz ich, z pewnością.
— Skąd wiesz, że to możliwe?
Oliver westchnął ciężko.
— Miałem kiedyś znajomego. Długo ćwiczył nad tą zdolnością. Potrafił ujrzeć rzeczy, których normalni nie zauważali.
— Dlaczego ja miałabym to potrafić?
Złapał ją czule za policzek i uśmiechnął się z nutką nadziei.
— Jesteś specjalna Shel. Zaufaj sobie.
Skoro Oliver tak powiedział, to była pewna, że to prawda. Położyła palec na jego ustach gestem ciszy. Wytężyła słuch.
Nie musiała długo czekać, ażeby usłyszeć dziwny dźwięk. Zdała sobie sprawę, że to jej kruche serce. Biło wciąż w tym samym tempie. Czuła jak przez jej żyły przeciska się soczysta krew. Czuła pracę swojego żołądka i zaciskające się płuca. Chciała pójść o krok dalej. Chciała przecisnąć się przez te wszystkie głazy i usłyszeć choćby oddech. A usłyszała aż dwa, były niedaleko. Jeden spokojny, opanowany i miarowy. Tuż obok zaś inny, gwałtowny i szybki. Dwa serca, które biły w podobnym do siebie rytmie.
— Słyszę — uśmiechnęła się — słyszę! Olivier!
— Co słyszysz?
— Dwie osoby. Dziesięć metrów stąd.
— Dwie? — Oliver podniósł brew.
— Dwie.
— Słyszeliśmy Bonnie. Żyje, albo żyła z pewnością. To ona?
— Jej krzyk... pochodził z innego kierunku.
Tego Olivier obawiał się najbardziej. Brakowało jednej osoby z ich grupy.
— Olivier! Ktoś biegnie! Jest zmęczony! Tam!
— Za ścianą?
— To tylko jedna warstwa, poradzisz sobie. Zniszcz ją!
— Nie jestem pewien...
...
— Nie żyje — odezwała się Ariana wstając z podłogi. Otrzepała się z całego kurzu, choć niewiele to dało, bo po chwili znów osiadł się na jej skórze. Rozejrzała się baczniej po pomieszczeniu. Byli uwięzieni, ona, Demary i Hol. Drzewa nic jej nie szeptały, były nadzwyczajnie ciche co sprawiało, że Ariana dostawała szału. Stała przed martwym ciałem swojego anioła stróża i nie czuła nic, prócz irytacji.
— Jest ci smutno? — Znów się odezwała kierując się do Demary'ego przy resztkach ścian.
— Nigdy nie lubiłem tego twojego gadania — warknął.
Ariana uśmiechnęła się delikatnie.
— Bonnie krzyczała.
— Z pewnością to nie był okrzyk bólu. Była wkurwiona.
Demary starał się sprawiać pozory spokoju. Ariana jednak pierwszy raz słyszała, żeby klął. Był przecież tak dobrze wychowany. Jednak siedział pod zwłokami swojej siostry. Dotknęło go to, wiedziała to, nim zdążył to ukryć.
— Mój anioł stróż nie żyje. Cóż ze mną teraz będzie? — Jęknęła teatralnie przystawiając ucho do gruzów. Chciała usłyszeć drzewa, jednak one ją opuściły. Bez ostrzeżenia.
— Może twoje roślinki się tobą zaopiekują?
— One... mi nie odpowiadają!
Demary zaśmiał się melodyjnie, co rusz przerywając śmiech rzęsistym kaszlem.
— Ty masz im odpowiadać. Nie one tobie. Ty jesteś ich służką, nie odwrotnie.
— Sądzisz, że czymś ich rozgniewałam?
— Może śmierć Hol ma z tym jakiś związek.
— Niełatwo jest zabić anioła. Uwierz mi, to niemal niemożliwe. I z pewnością... to był anioł z talentem wody.
— To nie ma znaczenia. Jestem pozbawiona stróża, ha! Jestem bez ochrony!
— Hol to gówno, nie ochrona. Dobrze o tym wiesz. Zresztą wy wszystkie... wykraczacie poza nasz poziom.
Może nie powinien tego mówić. Jednak umiejętności Ariany go przerażały. Dawno przewyższała kogokolwiek, kogo znał osobiście. Bonnie również wydawała się być pełna mocy, której niestety nie potrafiła kontrolować. To tak, jakby pchła miała ochraniać psa.
— Robi się gorąco.
— Czyżbyś chciała znów obdarować mnie energią? — Wyszczerzył zęby.
— Ten budynek chyba... znów płonie!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz