Każdego ranka cieszyła się z nowego dnia. Wstawała z twardego łóżka i podchodziła do okiennicy obserwując okolice Zamku Mochii. Spędziła w nim kilka tygodni, sama już dawno przestała liczyć. Teoretycznie nie miała nic do stracenia, pogodziła się z myślą, że nie istnieje w świecie ludzkim. Nie miała dokąd wracać. Nie miała do kogo. Zastanawiała się tylko, jak radzą sobie jej przyjaciółki. Gdzie się ukrywają, czy jeszcze w ogóle żyją?
Popołudniami przychodziła do niej Ulleyele. Odpowiadała na wszystkie jej pytania ze stoickim spokojem. Nawet te, które wydawały jej się głupie. Nie potrzebowała wiele czasu, żeby zrozumieć jak działa nowy świat. Świat do którego teraz należy... i choć nie potrafiła go określić, czuła się w nim najlepiej. Czuła się tutaj potrzebna, adorowana. Jednak brakowało jej towarzystwa. Ulleyele była dobrym kompanem, jednak prócz służek i anielicy nikt do niej nie przychodził. Aarona nie widziała od samego początku, a Wernm wyruszył szukać dla nich azylu.
Codziennie dostawała nową, białą koszulę. Była prześwitująca i przewiewna. W jej pokoju temperatury dochodziły do naprawdę wysokich i z tego co dowiedziała się wcześniej, to cały zamek Mochii był jakby nagrzany tysiącami pieców. Kiedyś służka opowiedziała jej bajkę, która zaspokaja bezsenność dzieci. Była wyjątkowo długa i nudna, choć jedno utkwiło jej w pamięci. Zamek Mochii był zbudowany na wiecznych, gorących płomieniach ogrzewających ceglane ściany. Tysiące pieców czy wieczne płomienie - nie miało to dla niej znaczenia, było tutaj po prostu niesamowicie gorąco.
Raby przemyła twarz wodą. Spojrzała w lustro naprzeciwko miski i ujrzała bladą dziewczynę z obojętnym wzrokiem. Stała się taka od czasów szpitalnych. Już miała sięgnąć po grzebyk z kości słoniowej... jednak ktoś z impetem otworzył drzwi. Doskonale wiedziała kto.
— Dzień dobry, Raby Glasser — uśmiechnęła się do niej promiennie Lily. Dziewczyna wyczuła nutkę zmartwienia.
— Dzień dobry, Raby Glasser — uśmiechnęła się do niej promiennie Lily. Dziewczyna wyczuła nutkę zmartwienia.
— Już mówiłam, żebyś nazywała mnie po prostu Raby — wywróciła oczami. — Dzień dobry.
— Zamknę okno — powiedziała blondynka podchodząc do parapetu i opierając się o niego.
— Zamknę okno — powiedziała blondynka podchodząc do parapetu i opierając się o niego.
— Dzisiaj jesteś wyjątkowo wcześnie, coś się stało?
Ulleyele nie spojrzała na nią, wbiła wzrok w podłogę. Zastygła tak na kilka sekund po czym zaczęła energicznie:
— To dlatego, że za godzinę masz spotkanie.
W jej głowie roiły się tysiące pytań, jednak Raby odważyła się na tylko jedno, najważniejsze.
— Z kim?
— Z.. - Ulleyele przełknęła ślinkę. — Z Mochią. Z całą głową Hellionu, Z jego wszystkimi obecnymi tutaj obecnie dziećmi i z całą radą - powiedziała na jednym wdechu dodając po chwili — To niesamowite wyróżnienie, Raby.
— Rozumiem. — Dziewczyna wstała beznamiętnie rozglądając się po pokoju. — Dostanę coś do przebrania?
...
Czwórka z nich: Bonnie, Demary, Hol i Ariana znajdowali się w opuszczonym budynku. Ściany były szare od wcześniejszych pożarów, gdzieniegdzie porozrzucane były stare gazety. Na środku była lampa na baterie oświetlająca pomieszczenie ciemną porą. Trzy materace pod zamazaną graffiti ścianą i siatka z jedzeniem. Tak wyglądało ich otoczenie przez ostatni czas.
— Bonnie Hurricane, jeśli masz jakiś problem, wystarczy powiedzieć — wycharczał Demary.
— Bonnie Hurricane, jeśli masz jakiś problem, wystarczy powiedzieć — wycharczał Demary.
— Mówiłam wielokrotnie, ale do was to nie dociera. Nie chce się tutaj ukrywać - odpowiedziała mu Bonnie.
— Pożary dwa razy dziennie z twojej ręki naprawdę nie pomagają nam w zatrzymaniu waszego życia — skwitował to krótko. Demary usiadł pod kratami wyczekując powrotu Olivera i Shel. Dziewczyna była jedyną osobą, która mogłaby ugasić ich kryjówkę. Dodatkowo on wciąż nie czuł się tutaj bezpieczny.
— Nie potrafię tego kontrolować — wyszeptała, a jej oczy zapaliły się małymi ognikami.
— Zawsze mogę ci pomóc — westchnął rozglądając się dookoła — długo nie wracają.
— Braciszek nie zna tej okolicy tak dobrze jak ja — odezwała się Hol bazgrząca coś kredkami po gazecie — zgłosiłam się na ochotnika po ludzkie jedzenie.
— Jesteś głodna? — Demary odezwał się do Bonnie z czułością. Dziewczyna jednak udała, że go nie słyszy.
Ariana wstała w drzwiach wyczekując powrotu Shel. W jej głowie aż burczało, Ze wszystkich dziewczyn ona najczęściej bywała głodna, apetyt rósł na miarę kolejnych dni. Starała się być spokojna, jednak podobnie jak Bonnie, nie kontrolowała swoich emocji przy głodzie.
— Ktoś powinien iść ich poszukać — powiedziała Ariana do reszty.
— Ty nie możesz iść kochana, jesteś zbyt wyczerpana — Hol wstała otrzepując pożółkłą sukienkę- tam masz suchy chleb, może ci jakoś pomoże.
— Mówiłaś, że jest na czarną godzinę — Bonnie aż zawrzała — ja też jestem głodna.
Demary postanowił załagodzić wszystkiemu. Podniósł się w końcu z zimnej podłogi. Mimo braku pożywienia, nie tknął Bonnie przez cały czas. Inne dziewczyny pozwalały jego rodzeństwu się pożywiać. On stronił od tego. Nie dlatego, że Bonnie odmawiała, mógłby odebrać jej energię siłą. Postanowił zaczekać, aż dziewczyna poczuje się przy nim pewniej. Teoretycznie powinna zrobić to dawno temu, jednak ogniste anioły takie jak Hol są trudne do zrozumienia. Nie pojmują własnych emocji. Bonnie była żywiołakiem. Kto wie co czuła?
Chłopak zachwiał się, próbując złapać ręką o cokolwiek. W końcu podparł ścianę przy akompaniamencie śmiechu Ariany. Ta dziewczyna działała mu na nerwy.
— Taki z ciebie rosły mężczyzna — podeszła do niego — a gdy przychodzi co do czego to uginasz się pod własnym ciężarem.. — gdy była wystarczająco blisko dotknęła jego odkrytego torsu. Pogładziła drugą ręką długi, ciemny warkocz który zwisał mu po ramieniu. Chłopak westchnął ze złości jednak wiedział, że nie powinien szukać wrogów w sojusznikach.
— Dziewczyno, lepiej się odsuń — wysyczał.
— Bo co takiego? — Ariana skierowała rękę na gałęzie wbijające się w miejsce wybitych okiennic — jesteś gotów mnie zranić? — zaśmiała się, a mała gałązka pod jej wzrokiem urosła do rozmiarów grubego konara. Zaczęła rosnąć po ścianach w zastraszającym tempie aż w końcu dosięgnęła Demary'ego przyciskając go do ściany. Chłopak westchnął tylko, próbując odepchnąć grubą gałąź od swej szyi. Na nic się to zdało, był zbyt słaby. Nie pożywiał się zbyt długo.
— Duży chłopczyk stał się bezbronny — zaśmiała się przybliżając się do jego twarzy.
— Ariana — odezwała się Bonnie. Jej oczy zajarzyły się jasnym ogniem. Ścisnęła rękę w pięść i tupnęła nogą ze złości. Gałąź natychmiastowo zaszła się ogniem. Po chwili nie zostało po niej nic prócz smrodu i popiołu. Demary jęknął z wycieńczenia. Odepchnął Arianę i skierował się do wyjścia. Musiał odetchnąć świeżym powietrzem.
...
Służki pomogły Raby się ubrać. Pierwszy raz od długiego czasu miała na sobie coś cięższego niż bawełniana koszula nocna. To była kremowa sukienka mocno opinająca jej biodra. Dostała też w końcu ludzką bieliznę. Sukienka nie była wyjątkowo elegancka, wyglądała jak ta, którą jej matka zakładała na plażę. Wciąż przewiewna, choć uciskała ją przy piersiach. Jedna ze służek spięła jej włosy w kok, wypuszczając przy tym parę pasem na jej różowe policzki. Druga służka zawiązała jej na nogach białe trzewiki. Były wyjątkowo wygodne, jakby szyte na miarę. Ulleyele skropliła szyję dziewczyny olejkiem różanym. Zapach przypomniał jej działanie Shimute, Glasser aż wzdrygnęła się.
— Wyglądasz dobrze — skomentowała Lily. — Denerwujesz się? — Zapytała odprawiając służki ręką.
— Nawet nie wiem o czym co sobie wyobrażać.
— Sama chciałabym wiedzieć — blondynka otworzyła przed Raby drzwi. — Czas iść.
Wyszły na korytarz. Brunetka pociągnęła nosem nowe zapachy. Siedziała w pokoju stanowczo zbyt długo. Korytarze zdawały się ciągnąć w nieskończoność. Były ciemno-bordowe, przyozdobione różnej maści obrazami. Mniej-więcej co dwa obrazy do ściany przymocowana była świeczka oświetlająca wystarczająco dużo, aby Raby zdołała rozejrzeć się po korytarzu, jednak nie wyłapać okiem żadnych szczegółów. Chciała to zrobić, była tak bardzo ciekawa świata w którym obecnie przyszło jej żyć. Pochłonęła już dużo wiedzy, jednak była świadoma, że to nie był nawet mały skrawek tego świata. Co jeszcze ją czekało?
Dziewczyny skręciły w lewo po kilku minutach żmudnej wędrówki w jednym kierunku. Trafiły na czarne schody. Były wykonane z kamienia, Raby czuła przyjemne zimno pod stopami. W końcu wyszły na szerszy korytarz z bogato zdobionym żyrandolem. Przed nimi malowały się drzwi. Były ogromne, na wysokość około dziesięciu metrów. Ulleyele pchnęła je delikatnie, a one jak gdyby wykonane z najlżejszego kruszcu, przesunęły się otwierając przed nimi nowe pomieszczenie.
Dziewczyny skręciły w lewo po kilku minutach żmudnej wędrówki w jednym kierunku. Trafiły na czarne schody. Były wykonane z kamienia, Raby czuła przyjemne zimno pod stopami. W końcu wyszły na szerszy korytarz z bogato zdobionym żyrandolem. Przed nimi malowały się drzwi. Były ogromne, na wysokość około dziesięciu metrów. Ulleyele pchnęła je delikatnie, a one jak gdyby wykonane z najlżejszego kruszcu, przesunęły się otwierając przed nimi nowe pomieszczenie.
Temperatura była zupełnie inna, w środku panował przyjemny chłód. Wszystko za sprawą szarego marmuru, którym wysadzana była posadzka. Szerokie schody prowadziły na podwyższenie, gdzie Raby naliczyła dziewięć bogato zdobionych krzeseł. Zajęte jednak były tylko cztery. Wszystkie przez mężczyzn. Na środkowym siedział starszy mężczyzna z łysiną i krótką, czarną brodą. To był zapewne Mochia. Tak opisywała go Ulleyele. Obok niego, po prawej stronie siedział Aaron, dziewczyna ucieszyła się na jego widok. Po lewej zaś siedziała dwójka mężczyzn podobnych do Aarona. Jeden miał włosy i oczy czarne jak węgle, jego spojrzenie wyraźnie gardziło wszystkimi istotami na ziemi. Ściskał mocno w ręku jakiś złoty przedmiot, prawdopodobnie zegarek. Raby po jego wyglądzie i opowiadań Lily odgadła, że to był Nefryt, drugi potomek Czarnego Syna - zaraz po Aaronie, który okazał się być pierwszym potomkiem. Obok Nefryta zasiadał chłopak o brązowych, ludzko obciętych włosach. Jego spojrzenie było spokojne, przyjazne. Był odziany w ciężką zbroję, z jego ramion zwisały dwa długie łańcuchy. To musiał być Shade, trzeci syn. Potomkowie Czarnego Syna różnili się nieco zachowaniem od rozbrykanej Hol, Demary'ego, Olivera, Wernma i Ulleyele. Budzili u dziewczyny respekt, a nie politowanie i irytację jak w przypadku tych drugich.
— Witaj Raby — przywitał ją Mochia zdecydowanym, acz miłym głosem. Raby odpowiedziała mu skinieniem głowy i delikatnym uśmiechem.
— Jak podoba ci się Hellion? Czy sprostał twoim oczekiwaniom?
— Nie miałam okazji go zwiedzić, jednak dziękuję za opiekę — odpowiedziała mu rozglądając się po pomieszczeniu. Po jakiejś chwili skupiła wzrok na Aaronie, który od dłuższego czasu wpatrywał się w nią z lekkim uśmiechem.
— Dostrzegłaś jakieś zmiany w twoim cele? — Mochia wyrwał ją z rozmyślań.
— Co to znaczy? — Raby zmrużyła oczy.
— Twoje znajome, które przeżyły podobne nieszczęście co ty, wykazują się niezwykłą kontrolą danego żywiołu. Tobie przypisane zostało... — Mochia urwał swą wypowiedź na chwilę i skierował wzrok na Ulleyele.
— Powietrze — odrzekła spokojnie blondynka, pozwalając Mochii kontynuować,
— A więc powietrze. To bardzo silny talent, jeden z trudniejszych do opanowania.
— Chcesz powiedzieć, że wiesz, czy moje przyjaciółki żyją? — Raby oderwała się na chwilę, robiąc nieśmiało krok naprzód. — Co z nimi?
— Aaron wraz ze wsparciem Czarnego Zakonu dowiedział się o postępach rodzeństwa Ulleyele. Żyją, aczkolwiek mają się średnio. Muszą żyć w trudnych warunkach. — Aaron na słowa ojca skinął głową.
— Aaron? — Raby uniosła jedną brew — wybacz, że zapytam o to jednak.. Aaron to twój dziedzic. Czy nie powinien on dotrzymywać ci boku zamiast narażać swoje życie?
Nefryt zaśmiał się na jej słowa. Uciszył go dopiero stanowczy wzrok ojca.
— Aaron wykonuje swoje zadania. Nie musisz się o niego martwić. Chyba, że zamierzasz go wesprzeć energią — Mochia spojrzał na Ulleyele. Ta zagryzła wargę z niepokoju. — Okazuje się, że żywiołaki takie jak ty nie muszą zaspokajać tylko jednego anioła stróża.. a co więcej, posiadają nieograniczoną energię. Niewielu o tym wie, z pewnością twoje rodzeństwo, Ulleyele, nie zdaje sobie sprawy z cenności dziewczyn w jakich są posiadaniu.
— Sugerujesz, że ktoś jeszcze zdaje sobie sprawę? — Ulleyele odezwała się, język cisnął jej się na usta z ciekawości i niepokoju.
— Eter dowiedział się o tym przed nami. Planuje atak, przejęcie, cokolwiek co pozwoli im zdobyć żywiołaki. To cenny nabytek w naszej wojnie. Nie liczą się z ofiarami.
— Na szczęście jednego żywiołaka mamy tutaj i nie wypuścimy go tak łatwo z rąk — dopowiedział Aaron wpatrując się w obcisłą sukienkę Raby.
— Nie — Nefryt poprawił się na krześle. — Ona nie przejawia żadnych oznak panowania nad żywiołem. Musimy zdobyć utalentowane żywiołaki.
— Jednak — odezwał się Aaron — Eter jest praktycznie w ich posiadaniu. Musimy odeprzeć ich atak, potem zdobyć ich zaufanie.
— Dobrze — zgodził się Mochia — potrzebujemy inwigilacji w Eterze. Ulleyele, pojedziesz odnaleźć brata, a Aaron i Raby wyruszą do Czarnego Zakonu przekonać ich, że mają o co walczyć z nami u jednego boku.
— Nie zostawię mojego żywiciela w gnieździe żmii — wysyczała Ulleyele.
— Będziesz musiała — Mochia kończąc spotkanie wstał z krzesła i udał się do wyjścia, Ulleyele aż zawrzała.
— Jeśli pójdę do Eteru, nie wypuszczą mnie — krzyknęła do niego. Mochia nawet się nie odwrócił.
— Jeśli pójdę do Eteru, nie wypuszczą mnie — krzyknęła do niego. Mochia nawet się nie odwrócił.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz