19 sty 2016

08. Obietnica

          Wiatr rozwiewał jej kruczoczarne włosy na wszystkie strony. Stali na klifie. Mocne fale rozbijały się o skały. Czuła zimno pod bosymi stopami. Czuła zimno w sercu. Raby nie potrafiła odnaleźć sensu w swoich czynach. Po co to robi? Dlaczego wykonuje ich polecenia? Czy tylko dlatego, żeby jakoś usprawiedliwić swoją egzystencję? Przecież wcale nie musiała. Mogła wskoczyć w zburzone fale i pożegnać oddech. Pożegnać życie. To takie proste, nigdy nie umiała pływać. Bała się wody. Ale teraz przecież stała obok osoby, której bała się bardziej. Aaron. W pierwszej chwili myślała, że chłopak się o nią troszczy. Jednak gdy zobaczyła rozdzierający wzrok Ulleyele, która musiała go z nim zostawić to... zrozumiała. Zrozumiała, że nie jest bezpieczna przy nikim innym jak przy niej. Pojęła tą silną więź która je łączyła. Była nierozerwalna.
          Podeszła bliżej krawędzi. Zrzuciła stopą przypadkowo kamień do wody. Nie spadał długo. Ona też nie musiała. Wystarczyło skoczyć.
 — Nie utopisz się — przerwał jej w rozmyślaniach. Aaron wydawał się inny niż przedtem. Jego głos był owiany chłodem. Jakby wcale nie zależało mu na niej. Chociaż doskonale wiedziała, że jest bardzo cennym skarbem w rękach Hellionu. Przez te wszystkie tygodnie, codziennie, każdy powtarzał jej, że jest cenna. Adorował ją. Aaron jednak najwidoczniej przyjął inną taktykę. Wiecznie wpatrywał się w purpurowe, hellońskie niebo. Czasem tylko spojrzał na nią upewniając się, czy wszystko w porządku. Jednak teraz odezwał się do niej pierwszy raz od kilku godzin.
 — Skąd wiesz, że o tym myślałam? — Burknęła pod nosem niczym dziecko, które ktoś oszukał. Miała rację, oszukali ją oni wszyscy. Była więźniem. Wiedziała, że to kwestia czasu zanim przestaną być tacy mili.
 — Przebywając w tym cholernym zamku sam nieraz miałem takie myśli — westchnął. — Ostrzegam, nie rób nic głupiego.
Raby przełknęła ślinkę. To brzmiało jak pierwsza groźba wycelowana prosto w jej głowę. Nie spodziewała się jej tak wcześnie.
 — Nie wiem jak długo może potrwać podróż — powiedział po chwili.
 — Od czego to zależy? — Spytała beznamiętnie, a wiatr rozwiał jej włosy po twarzy. Ogarnęła je, choć one po chwili wróciły na swoje miejsce utrudniając jej widoczność. Zignorowała je.
 — Od tego, czy jesteśmy tam mile widziani — westchnął wyciągając sztylet spod skórzanego pasa.
Chłopak złapał go mocno w ręce i skierował w stronę Raby. Ta wzdrygnęła się i cofnęła do tyłu, niestety z tyłu nie było już praktycznie nic prócz kilku niestabilnych kamieni. Ze strachu wyskoczyła w stronę chłopaka. Nie było odwrotu.
 — A więc chcesz mnie zabić? — Powiedziała bez emocji, godząc się na swój los.
Aaron tylko zaciskał mocniej usta, ażeby nie ryknąć jej śmiechem w twarz. Widziała jak siłuje się z silną wolą.
 — Ach, no tak — podrapała się po głowie — nie można mnie zabić.
 — Dokładnie tak — odpowiedział jej z szerokim uśmiechem. Opuścił rękę trzymającą sztylet w dół.
 — Chcesz mnie więc... zranić? Uszkodzić? — Spojrzała na niego z ciekawością — Albo wiem! Sprawić mi ból!
 — Dosyć tego, to już nie jest zabawne — zmarszczył brwi. Złapał ją wolną ręką za ramię i pociągnął w prawo, na drugi kraniec klifu. — Widzisz to? — Wskazał sztyletem horyzont we mgle. Wciąż mocno ściskał jej ramię.
 — To tam? — Pokiwała głową z głupkowatą miną. — Dokładnie tak, Aaronie. Widzę. Tam nie ma dokładnie nic! — Krzyknęła wyrywając mu się w uścisku. Może i była wredna w stosunku do niego, ale on również nie pozostawał święty. Należało mu się.
 — Owszem, nie ma. Nie postradałem rozumu — westchnął, jak gdyby czekało go najcięższe zadanie na świecie. — Musimy się postarać, żeby coś się tam pojawiło.
 — To świetnie Aaronie. A teraz, skoro ja nie mogę tego zrobić to najlepiej ty wskocz i się utop! — Warknęła do niego poprawiając sukienkę.
 — Wiesz co, to nawet zabawne. Byłaś taka przestraszona i potulna gdy pierwszy raz cię spotkałem. A teraz wychodzi z ciebie rozwydrzony dzieciak. I to właściwie bez konkretnego powodu! — Również uniósł głos wymachując sztyletem w jej stronę. Oczywistym było, że nie zamierzał zrobić jej krzywdy. Jednak tak już miał w naturze, lubił się droczyć.
 — Ja również myślałam, że jesteś uprzejmy i pomożesz mi, Ulleyele, Wernmowi... Ale ty odwracasz się do nich plecami wywożąc mnie do miejsca, gdzie nigdy mnie nie dostaną. Dodatkowo bez mojej zgody. Jednak wyszło, że jesteś potworem takim samym jak ci z Eteru.. Chcesz zagarnąć żywiołaki bez ich zgody. Jesteś brutalny — powiedziała masując obolałe ramię — i nawet w połowie nie tak przystojny jak myślałam, że jesteś pierwszego dnia — prychnęła po czym zdała sobie sprawę jak głupie było ostatnie zdanie, które wypowiedziała.
Aaron uśmiechnął się pod nosem. Dziewczyna działała mu na nerwy ale jednocześnie bawiła jak nikt inny. Była kwintesencją bezczelnej nastolatki, czy może już nawet baby...Skądś to znał.
 — W takim razie, gdzie chcesz iść? — Rzucił jej sztylet pod nogi.
Dziewczyna odskoczyła i złapała za rąbek białej, zwiewnej sukienki. Ścisnęła go w stresie. Zdała sobie sprawę, że nie ma dokąd pójść. Nie ma takiego miejsca.
 — Gdzie-chcesz-iść? — Powiedział powoli podchodząc do niej.
Raby szybko schyliła się po sztylet i ścisnęła go w dłoniach. Otworzyła usta ze zdziwienia. Ona naprawdę.. nie miała dokąd pójść. Przecież nie istniała dla swojego świata. A nowego nie pojmowała ni wcale.
 — Czarny Zakon nie jest złym miejscem. Jesteś człowiekiem, a tam... — złapał za jej rękę trzymającą sztylet — są ludzie, którzy pomagają ludziom takim jak ty.
 — Przestań! — Spojrzała na niego. Do jej ciemnobrązowych oczu napływały łzy. Kilka nawet zdołało się uwolnić spływając jej po policzku. Jednak ona wciąż patrzyła na niego bezwstydnie.
 — Raby...
 — Nie ma miejsca, w którym czułabym się bezpiecznie. I nigdy już takiego miejsca nie będzie. Rozumiesz?
Jej słowa go nie uderzyły. Wielokrotnie miał już do czynienia z ludźmi, którzy stracili wszystko. A nawet więcej niż wszystko. W głębi serca jej współczuł, choć doskonale wiedział, że nie może tego okazać.
 — Posłuchaj — ścisnął mocniej jej dłoń. — Pójdziemy do Czarnego Zakonu.
 — Ale...
 — A jeśli tylko będziesz chciała wrócić to... wrócisz tam, gdzie zechcesz — westchnął. — Obiecuję.
Nie wiedziała na ile wiarygodna jest obietnica Aarona. Z jego oczu nie wyczytała nic, co mogłoby ją naprowadzić. Nie wyrażał się żadnym wiarygodnym uczuciem. Ale skoro nie miała już nic, to również nic nie mogła utracić.
 — Więc zróbmy to — odpowiedziała mu drżącym głosem.
 — Dobrze.
          Aaron bez zawahania wyjął sztylet z jej drżącym rąk. Rozciął sobie jednym, dokładnym ruchem dłoń i ścisnął ją w pięść, ażeby wydobyć jak najwięcej krwi.
 — Teraz ty — powiedział cicho — chcesz sama to zrobić?
 — Tak — odpowiedziała bez zawahania. Podał jej sztylet. Zrobiła dokładnie to samo co on przypatrując się ściekającej krwi.
 — A teraz — mruknął łapiąc ją za rękę, ażeby wymieszać ich krew — Kaekte sur la woata piron ojime.
 — Co to? — Spytała z ciekawością.
 — Podróż poprzez krew.
          Pociągnął ją za rękę bliżej krawędzi. Wiatr buchnął im prosto w twarz. Usłyszała głośne fale, poczuła zimno od nich bijące. Nad nimi słońce powoli zamieniało się miejscami z księżycem. Niebo z jasnej purpury ciemniało w granat, ukazując bezkresną pustkę. Nie widziała choćby skrawka gwiazdy. Jedynym źródłem światła było ogromny księżyc. O wiele większy niż zapamiętała. Nie czuła się pewnie. Jednak on trzymał ją mocno za rękę, jak gdyby nigdy nie miał wypuścić. Spojrzał na nią jakby próbował spytać "ufasz mi?". Ona tylko skinęła głową. Wiedziała, że nie ma odwrotu. Wskoczył pierwszy, a ona tuż za nim.
          Objęła ją zimna woda. Doskonale wiedziała, że czuje zimno. Jednak nie było dla niej bolesne. Było ukojeniem. Czuła je inaczej, niż gdy była człowiekiem. Jakby była częścią zimna całego tego świata. Chciała odetchnąć powietrzem, które tak bardzo kochała wdychać. Nie mogła. Po chwili nie czuła też nawet potrzeby. Pragnienie zniknęło. Zatracała się w ciemnej wodzie z każdą chwilą tracąc widoczność. W końcu poddała się. Zamknęła oczy. Nie zamierzała walczyć. Jej mięśnie rozluźniły się. Woda porwała jej długie włosy w nonszalancki taniec. Czuła wodę w całym swoim ciele, nawet we wnętrzu. Jakby jej płuca wypełniały się zimnym płynem, który mrozi ją od środka. Poczuła, że coś odbija się od jej ręki. Była zdziwiona tym, że zdołała coś poczuć. Przecież miała wrażenie, że jej wszystkie zmysły - wraz z dotykiem - zanikają. Znów coś odbiło się od jej ręki. Poczuła chęć złapania tego. Była zirytowana. Jej młodzieńczy upór nie dawał za wygraną. Udało jej się złapać kawałek czegoś naprawdę gorącego. Parzącego. Natychmiastowo wypuściła to z ręki. Chciała znów czuć to co dawniej. Tą błogość.  Niestety znów poczuła bolesne gorąco, które tym razem złapało ją w pasie. Walczyła ostatkiem sił, jednak wyciągnięto ją z wody.
          Chciała złapać oddech czystego powietrza. Nie mogła, nie potrafiła. Ktoś wyciągnął ją z wody, jednak jego dotyk ją palił. Upadła na rozgrzany piach i wypluła całą wodę, jaką miała w środku. Odkaszlnęła parę razy niezgrabnie, potem zaczęła łykać łapczywie powietrze. Odgarnęła włosy z twarzy i otworzyła oczy. To był błąd. Poraziło ją ostre światło. A przecież była pewna, że przed chwilą widziała srebrzystą tarczę księżyca.
 — Aaron? — Powiedziała prawie bezgłośnie. Widać nie było ją stać na nic głośniejszego.
 — Kto taki? — Usłyszała tuż przy swoim uchu.
Ktoś próbował pomóc jej wstać ciągnąc za ramiona. Znów poczuła ten piekący ból. Syknęła żałośnie upadając jeszcze niżej niż wcześniej,
 — Poradzę sobie sama — wyjąkała. — Gdzie jest Aaron?
 — Majaczy, biedna dziewczyna — usłyszała kobiecy głos.
          Raby postanowiła podjąć kolejną próbę otworzenia oczu. Tym razem bolało mniej, choć wciąż nie tak jak powinno. Letnia fala podmywała jej bose stopy. Nad sobą ujrzała starszą kobiecinę z czerwoną chustą zawiązaną na głowie. Prawdopodobnie ochraniała się przed słońcem, to dobry pomysł.
Postanowiła wstać z piachu i o mało co nie dostała zawału, gdyż obok niej była jeszcze jedna osoba, której nie zauważyła wcześniej. Wysoki, młody blondyn w kurtce z odznaką. "To jakiś rodzaj policjanta, najpewniej" pomyślała, choć niby przed kim mieszkańcy Czarnego Zakonu mieliby się bronić we własnym mieście?
 — Dziewczyno, jak się nazywasz? — Odezwał się mężczyzna z poważną miną. — Nic ci się nie stało?
 — Ja... — Nie potrafiła zdobyć się na nic normalnego, wciąż była zmęczona. — Gdzie Aaron?
 — Benetty, przecież widzisz, że dziewczyna wygląda gorzej jak najgorzej, dodatkowo gada głupoty. Zabierz ją gdzieś, bo się bidulka sparzy na tym słońcu. — Powiedziała staruszka i odeszła parę razy odwracając się i puszczając Raby czułe spojrzenie.
 — Ja... czy ja trafiłam do Czarnego Zakonu? — Wymamrotała wyciskając sukienkę z wody. Była cała przemoczona, a włosy przyklejały się jej do twarzy. Wyglądała jak topielec, któremu nagle się odwidziało. Dodatkowo już całkiem odzyskała sprawność. Przynajmniej tak jej się wydawało.
 — Żartujesz, dziewczyno? — Chłopak zmarszczył brwi.
 — Czy mogę porozmawiać z kimś kto należy do Czarnego Zakonu?
 — Właśnie rozmawiasz. Czy ty... nie uderzyłaś się w głowę? — Chłopak ze zmartwioną miną dotknął jej czoła. Raby syknęła z bólu na najmniejszy jego dotyk. Odsunęła się szybko i dotknęła ręką obolałą skórę.
 — Co Ty robisz?! — Warknęła.
Mężczyzna otworzył usta w zdziwieniu.
 — W każdym razie... — zaczął zakłopotany. — Czarny Zakon jest tam — wskazał dłonią za siebie.
          Raby powędrowała tam wzrokiem. Ujrzała miasto podobne do tego ludzkiego, tylko jakby wyrwane z czasu. Domy były w większości ceglane, choć zbudowane bardzo pięknie. Wszystkie wydawały się mieć nie więcej niż trzy piętra. Nie zauważyła nigdzie samochodów ani wielkich kolorowych reklam. Za to pełno było straganów ze świeżymi owocami, warzywami i rybami. No i... ujrzała zwierzęta podobne do tych, które widziała już w Hellionie.
          W samym centrum tego miejsca znajdował się budynek inny niż wszystkie. Był wyjątkowo wysoki, gdyż opierał się konstrukcją o wysoką górę okalającą tył miasta. Przypominał zamek, chociaż nie zachwycał architekturą jak ten w Hellionie. Był szary, gdzieniegdzie porośnięty przez jakieś zielone rośliny. Z pewnością to był Czarny Zakon, choć powinien raczej nazywać się "Szarym Gruzem", gdyż tylko tak Raby mogła opisać to co zobaczyła.
          Nie czekając na reakcję chłopaka, Raby chciała od razu ruszyć jednak.. zatrzymał ją krzyk młodzieńca.
 — Hej! A ty gdzie? Najpierw musisz iść do lekarza, twoi bliscy na pewno cię szukają — powiedział spokojnie, jakby musiał powtarzać to zdanie trzy razy dziennie. Choć wyglądał na człowieka, który właśnie taką miał pracę.
 — Moi.. bliscy? — rzekła cicho do siebie. Znów dopadły ją wspomnienia o rodzinie. O rodzinie, która już nie istniała. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz