Raby stąpała niepewnie po dębowych deskach. Starała się dotrzeć jak najwolniej do pokoju Aarona. Niestety jej wysiłek wychodził na marne. Leżał przecież dwa pokoje dalej. Myślała intensywnie nad tym, co powiedział jej Mochia. Aaron miał sobie poradzić. To jego zdaniem jest "radzenie sobie"? Leżał bez ducha w pokoju i jedyną osobą, która mogła go nakarmić była ona. Ale czy tego chciała? Potrzebowała go. Nie poradzi sobie sama w świecie, który chce ją wykorzystać. Chociaż... on też chciał ją wykorzystać. Obiecał jej, że pójdzie gdzie tylko będzie chciała. Ale czy dotrzymałby słowa? Mogła teraz uciec. Nie wiedziała gdzie, nie wiedziała jak. Ale mogła. Mogła zrobić to sama. Pytanie tylko... czy chciała?
Stanęła przed jego drzwiami. Wyrzuciła z siebie wszystkie wątpliwości. Nie mogła pozwolić mu zostać w takim stanie. Przecież raz ją uratował, ona odwdzięczy mu się i wszystko będzie w porządku. Przekonana otworzyła drzwi.
Leżał na środku, w łóżku bez najmniejszego ruchu, choćby oddechu. Jego skóra pobladła. Cały był w świeżo zmienionych bandażach. Włosy sklejone były od resztek krwi. Jego twarz wyglądała tak spokojnie, błogo. Ten widok kompletnie kłócił się z tym, co sądziła o Aaronie. Ilekroć go widziała to gniew rozrywał jej niemal wnętrzności. Sama nie wiedziała skąd nagle znalazła w sobie tyle gniewu. Leżał tak, gotowy na śmierć. A ona stała tuż przed nim, kłócąc się z myślami. Może jednak ta nienawiść nie sięgnęła tak głęboko? Chciała siebie samą oszukać. Nie rozumiała swoich emocji. Były jej. A jednak tak obce jak nic innego na świecie.
Podeszła bliżej gładząc go po nagim torsie. Był całkiem zimny. Pamiętała jego dotyk. Wcześniej był ciepły, najcieplejszy jaki poznała. Teraz wydawał się tak lodowaty, jakby już dawno był martwy. Ona, tylko ona mogła to zmienić. Próbowała odszukać jakichkolwiek za i przeciw jednak... w jej głowie pojawiało się ciągle jedno zdanie "on by to dla ciebie zrobił". Przecież to by ją nie zabiło. Po prostu odzyskałaby niewolę w jakiej żyła wcześniej i może... może on wtedy dotrzyma słowa. Odnajdą Lily i wszystko zakończy się dobrze. Jeśli da się to zakończyć dobrze.
Złapała mocno jego dłoń. Poczuła, jak próbuje ruszać palcami. Było to niemal nieodczuwalne jednak... ona to czuła. Dziewczyna westchnęła ciężko. Objęła ręką jego policzek i nachyliła się nad nim.
W końcu złożyła na jego zimnych ustach pocałunek, a on oddał go równie delikatnie co ona. Jak gdyby przez te wszystkie godziny odkładał całą swoją siłę właśnie na tą czynność. Energia momentalnie zaczęła przepływać w tempie bicia jej serca. Ilekroć dostawał jej więcej, łykał jej usta jak topielec powietrze, jak spragniony wodę. Oddawał coraz mocniejsze pocałunki, a ona mu się poddawała. Oddała mu wszystko, co tylko mogła. To mu nie wystarczało. Ich języki splotły się za sprawą jakiegoś magicznego uczucia. Złapał ją zimną ręką za biodro i próbował przyciągnąć do siebie pogłębiając tylko pocałunki, tańcząc z jej językiem w gorącym tańcu. Po jej głowie przeszła myśl, że mogła przecież to już zakończyć, mogła oderwać się od jego ust. Nie chciała tego, choć rozsądek podpowiadał jej co innego. Mózg jednak w tym starciu wygrał, u niej zawsze wygrywał.
Odsunęła się od jego ust, a on tęskniąc za jej ciepłem, podniósł się do pozycji siedzącej trzymając ją za policzek, ażeby nigdzie przypadkiem nie uciekła. Wciąż pozostawał na tyle blisko niej, ażeby poczuła na policzku jego przyśpieszony oddech.
Spojrzała na niego niewinnie, karcąc się za ten pocałunek. On, wyglądał jakby spodziewał się tego, przyglądał się jej z ciekawością, z pożądaniem w oczach, z rozpalonym hellońskim ogniem gotowym zrobić wszystko, żeby dostać co tylko chce. Wyglądał zdrowiej niż kiedykolwiek.
Nie odezwała się ani słowem, choć naprawdę wiele cisnęło się jej na usta. On wydawał się zbyt zmęczony, ażeby jakkolwiek to skomentować. Zrobił to, czego w tej chwili pragnął najbardziej. Przyciągnął jej głowę do siebie i musnął jej usta swoimi. Smakował się w niej, delektował się nią co chwilę przegryzając jej dolną wargę. Oddawała pocałunki nieśmiało, kompletnie nie wiedząc co robi. Serce było jej jeszcze szybciej, a mimo to energia przepływała powoli. Jak gdyby miał całe życie, ażeby się nią nakarmić. Przyciągnął ją do siebie mocno. Czuł przyśpieszone bicie jej serca, które idealnie komponowało się z rytmem jego własnego. Czuł jak tworzy z nią jedność, więc skończył pobierać energię. Chciał cieszyć się tylko nią i niczym więcej.
Gdy tylko poczuła, że przestał się nią karmić odsunęła się delikatnie od niego, choć nie było to łatwe. Nie chciał odpuścić, przyciągał ją do siebie i wtapiał w nią swoje usta bez ustanku,
— Widocznie już jesteś pełen energii — jęknęła, gdy on przerywał jej każdą sylabę coraz to agresywniejszym pocałunkiem.
— Już dawno przestało — przegryzł jej usta — chodzić mi o energię... — wydyszał. Z każdym kolejnym dotykiem jego ust czuła coraz czarniejsze myśli. Próbowała się wyrwać, ale jego ciało tego nie rozumiało. Był gotowy rozerwać jej sukienkę na strzępy i pójść o krok dalej jednak... Wykonała jeden, silny ruch odpychając go. Zadziałało, Aaron się opamiętał wlepiając w nią zadziwione oczy. Próbowała cokolwiek z nich odczytać. Rozczarowanie? Wstyd? A może złość? To nie przypominało niczego z tych trzech. Nie wiedziała co sądzić. Był po prostu zszokowany i nie pokazywał nic więcej.
— Ja - wyjąkała — zrobiła co musiałam. Nic więcej.
Pokiwał jej głową nie zmieniając wyrazu twarzy. Jego usta dalej były lekko otwarte z zszokowania. Oddech w końcu się uregulował, chociaż Aaron nawet nie mrugnął. To sprawiło, że Raby momentalnie zrobiła się czerwona. Jej głowę przepełniały myśli pokroju "co on sobie myślał?".
— Miłego powrotu do zdrowia — powiedziała próbując zabrzmieć beznamiętnie, choć jej głos wciąż drżał. Wstała z łóżka i skierowała się do drzwi.
Dotknęła klamki i wtedy to poczuła. Osłabienie połączone z bólem Zachwiała się próbując złapać się czegokolwiek. Wypadło na purpurowy fotel pod drzwiami.
— Raby? — Usłyszała jego czuły głos, który w obecnej sytuacji tylko ją irytował. — Wszystko w porządku? — Powtórzył wstając z łóżka.
— Poradzę sobie sama — prychnęła naciskając klamkę.
Nieporadnym krokiem wyszła zatrzaskując drzwi. Zostawiła go w pokoju samego z tysiącem niezrozumiałych dla niego myśli. Przeczesał dłonią włosy i głośno westchnął. Jego dłoń drżała. Nie rozumiał tego uczucia. Pierwszy raz nie rozumiał sam siebie.
*~*
Głowa jej pękała. Toczyła się przez szeroki korytarz od ściany do ściany przeklinając się w duchu. Gdy Ulleyele się nią żywiła to nigdy nie czuła się w ten sposób. Najczęściej po prostu zasypiała, była osłabiona. Tym razem było gorzej.
Wyminęła już któreś drzwi z kolei i dotarła do salonu. Był przyrządzony jak wszystkie inne pokoje. W odcieniach brązu z drewnianymi, ciemnymi meblami. Tym razem ujrzała trochę zieleni, jakieś rośliny na wielkich okiennicach. Ostre światło paliło ją w oczy.
— Wszystko w porządku? — Usłyszała damski głos przy swoim uchu.
Jakaś niska, rudowłosa kobieta podprowadziła ją pod bok na kanapę. Raby odetchnęła i zamknęła oczy. Chciała odpłynąć, obudzić się zregenerowana, jednak to nie było możliwe. — Ty jesteś Raby, prawda?
— Tak — wypaliła bez zastanowienia marszcząc brwi.
Przyjrzała jej się dopiero po chwili. Jej włosy były rude, sięgające niemal kolan. Spięte w kucyk, choć ledwo je on ujarzmiał. Grzywka wpadała do brązowych oczu. Usta miała małe, ułożone w naturalny uśmiech. Była drobna, znacznie niższa od niej. Odziana w skórzane spodnie, czarną koszulkę i zbroję na piersi. Naprzeciwko niej, na stole leżał masywny, szeroki miecz. Czyżby należał do niej? Tylko ona była w pokoju. Ale czy taka miała kobieta uniosłaby tak ciężki miecz? Nic ją już tu nie zdziwi.
— Bercka — podała jej rękę. Raby złapała za nią i potrząsnęła.
— Nie czujesz się najlepiej. Napijesz się czegoś? — Bercka uśmiechnęła się promiennie.
— Chętnie — powiedziała słabym głosem. Po chwili w jej dłoni znalazł się kielich z winem.
Bercka obejrzała ją od stóp do głów. Wyglądała marnie, jak typowa nastolatka z problemami.
— Czy to przez miłość? — Ruda westchnęła.
— Nie mów mi, że...— Wiedziałam!
Raby uśmiechnęła się delikatnie i napiła się. Jej gardło przepełnił rozgrzewający, czerwony płyn. To było w pewnym sensie ukojenie.
— Kto to taki?
— To nie ma znaczenia. Kompletnie nie ma znaczenia.
— Tutaj co chwilę przechodzi jakiś z umiłowaniem do kobiet. Powiedz, który to, a skopie mu dupsko.
— Nie ma takiej potrzeby — zaśmiała się łykając trunek.
— Widziałam cię wcześniej ze Scottem... czy to on? — Łypnęła na nią z ciekawością. Objęła swój własny kieliszek. Był wypełniony po brzegi. Jakże to nieeleganckie.
— Nie! — Warknęła. Aż ją wzdrygnęło na myśl o chłopaku. — To w pewnym sensie nie człowiek... anioł. Choć w ogóle go nie przypomina. Przynajmniej jak na moje stare, ludzkie standardy.
— No to — przeciągnęła się popijając spory łyk — albo masz szczęście albo ogromnego pecha.
— Co to znaczy?Bercka spojrzała na nią z rozbawieniem. Jakby znała jakiś sekret, którym nie chciała się podzielić.
— Powiem ci tylko tyle, że anioły z eteru nie potrafią kochać, nawet nie znają tego uczucia, traktują wszystkich przedmiotowo — ruda rozłożyła się na kanapie. — Nie widzą nic więcej prócz czubka własnego nosa.
— A te... drugie anioły? — Raby spojrzała na nią z nadzieją. Sama nie wiedziała, czy do końca chciała wiedzieć, jak jej uczucie mogłoby się potoczyć.
— Mają trudności w okazywaniu uczuć. Ale jak kochają, to do końca życia — westchnęła z rozmarzeniem. — Taki Mochia na przykład... tak mocno kochał Marbę po śmierci. Nigdy nie pokocha innej kobiety. Gdyby tak znaleźć mężczyznę z Hellionu... No ale, to nie takie proste.
Nieco podniosło ją to na duchu. Mimo, że właściwie nie zamierzała wracać do zdarzenia sprzed kilku minut to... faktycznie było jej lepiej. Może to przez to, że prawdopodobnie Aaron nie będzie okazywał jej niczego więcej. A może to przez rozgrzewające wino w ustach. Kto wie.
— Scott! — Krzyknęła dziewczyna, gdy tylko ujrzała chłopaka na schodach. Wlókł się po nich bez energii uciskając ranę na brzuchu. Raby spojrzała na niego beznamiętnie i ścisnęła tylko mocniej kielich w kruchych, bladych dłoniach.
— Witaj Ber i... Raby — jego oczy rozszerzyły się na widok szatynki. Spodziewał się jej wszędzie, ale nie na kanapie tuż obok Bercki. Z pewnością nie z winem w ręku,
— Nie jestem przekonany, czy ona jest nawet pełnoletnia... — ostatkiem sił znalazł się tuż przy dziewczynie wyrywając jej kielich spod ust. Opadł na fotel naprzeciwko i odetchnął odstawiając kielich na blat stołu.
— Jak zwykle, nasz milutki chłopczyk psuje zabawę — jęknęła.
— Przybyłem tu w określonym celu Ber.
— A co to takie się stało? Jakieś wieści?
Raby odwróciła wzrok wlepiając go w podłogę. Chciała chwili spokoju. Niestety z blondynem ani razu go nie zaznała.
— Muszę dostać się do Hellionu. Mochia kazał wam wracać — zwrócił się do Raby.
— Co? Przecież nie wykonaliśmy zadania — jęknęła szatynka podnosząc głowę.
— Wykonaliście. To nic co musisz wiedzieć. Najważniejsze, żeby Aaron wrócił — warknął cicho — a z tego co widziałem, to czuje się już lepiej...
— Co mu się właściwie stało? To kariel go tak załatwił? — spytała ruda.
— A jak! Najpierw rzucił się na mnie, ale zranił mocno hellona... Chociaż w ostatecznym rozrachunku to ja wyszedłem gorzej — chłopak sięgnął kielich i popił z niego wino marszcząc brwi. Jego wyraz twarzy wyrażał złość, choć śmiesznie to wyglądało na jego wiecznie rozbawionej twarzy.
— Raby, czy już przemyślałaś to, o czym rozmawialiśmy?
— Nie — wypaliła bez zastanowienia nawet na niego nie patrząc.
— Akurat będziesz miała okazję się przekonać. Wybieramy się przecież do Hellionu, a tam...
— Będzie jak chcesz. A teraz pozwólcie mi po prostu odejść — wstała już pełnią sił z fotela.
— Żegnaj Raby! — krzyknęła za nią Bercka, choć Raby odpowiedziała jej tylko uśmiechem.
*~*
Nie mógł zasnąć. Rozpierała go energią, którą podarowała mu Ariana. Czuł, że może zrobić wszystko, a nawet więcej. Jak w takiej sytuacji miał spać? Rozejrzał się po pomieszczeniu. Dziewczyny spały skulone na materacu, a tuż pod ścianą siedział Oliver. Najwyraźniej również nie mógł usnąć.
— Ładnie to tak okradać żywiołaka siostry? — Prychnął chłopak, gdy ich spojrzenia się spotkały.
— Nie miałem wyboru — powiedział. Brzmiało to jak najprostsza wymówka chociaż on naprawdę nie miał wyboru. Wszystko wokół, nawet rośliny mówiły mu, że jest za słaby. Może tak naprawdę widząc pewną siebie Arianę po prostu nie mógł jej odmówić?
— Widziałeś to? — powiedział cicho Oliver.
Demary rozejrzał się. Za oknem zobaczył małe, jarzące się światło. Było nienaturalne. Po kilku chwilach zniknęło, by zapłonąć jeszcze większe.
— Dem... — chłopak jęknął ale nie zdążył. Coś uderzyło w ścianę, o którą opierał się Demary. Wybuch sprawił, że wieloletni tynk i cegły rozpadły się momentalnie. Wokół nagle wyrósł ognień obejmując wszystkich.
— Demary! — Krzyknął chłopak choć na nic to się zdało.
Dym, spalenizna, tynk w powietrzu. Zostali zaatakowani, a budynek dosłownie spadł im na głowy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz