29 sty 2016

10. Zapomniane śluby

      Aaron czuł na sobie czyjś wzrok. Ktoś bacznie go obserwował i widocznie był w tym dobry, gdyż chłopak jeszcze nie odnalazł swojego obserwatora. Wszędzie była ciemność. Od czasu do czasu ktoś otworzył drzwi. Wtedy pokój delikatnie rozjaśniał się, a on mógł ujrzeć grube kraty za którymi był zamknięty. Zimne płytki drażniły go pod bosymi stopami.
     Był przykuty bardzo nisko. Na tyle, że musiał siedzieć skulony z marzeniem, ażeby rozprostować kości. Minęło dopiero kilka godzin, a on już nie wytrzymywał. Nikt nigdy go nie więził. Gdzie trafił? Kto go obserwował? I skąd do jasnej cholery źródło kapania po jego prawej? Tak wiele pytań, tak wiele czasu na rozmyślanie. Wiedział, że nie znajduje się w Eterze. Tam czekałyby go gorsze katusze. Więc może rukkoilijaskir? Nie. Przecież nie mógł tak po prostu umrzeć. Z jakiego powodu? A może to faktycznie Czarny Zakon. Jednak dlaczego trafił do ciemnego miejsca skrępowany? I gdzie jest Raby? To ostatnie było najważniejsze. Przecież miał jej pilnować. Jeśli wróci bez niej do Hellionu, to mógł się pożegnać z życiem. Jeśli kiedykolwiek się stąd wydostanie.
      Obudził się. Znowu czuł na sobie czyjś wzrok. To jednak go nie obchodziło. Paliło go pragnienie. Obok kapała woda. To zapewne rodzaj tortur. Do czego miało to prowadzić? Jak długo już tu przebywał? I jak długo jeszcze będzie? Czuł gniew, złość. Cholerną złość.
      Usłyszał czyjś głos. Doskonale wiedział do kogo należał. Chociaż trudno mu było w to uwierzyć, najwidoczniej zachowa swoje życie jeszcze dłużej. To była Raby. Nie mógł zrozumieć co mówi. Jej słowa odbijały się echem. Dudniły mu w uszach. Jednak był pewien, że to ona.
     Drzwi znowu się otworzyły. Do jego celi wpadło ostre światło. Oślepiło go na moment, jednak ciekawość była silniejsza niż ból.
 — Aaron? — Usłyszał. — Aaron! 
       W końcu ją zobaczył. Stała tuż przed nim. Najwidoczniej nic jej nie zrobili. Wyglądała tak, jak ją zapamiętał. Miała tą białą sukienkę przed kolano. Była zwiewna niczym wiatr, choć teraz nieco ubrudzona przy najniższych falbankach. Jej ręce zaciskały się w pięści, a oczy wyrażały współczucie. Jak bardzo źle musiał wyglądać, skoro ona - Raby Glasser, osoba która nim gardziła - w tej chwili mu współczuła. Nawet nie chciał wiedzieć. 
 — Co mu się stało? — Skierowała swoje pytanie do blondyna, który stał tuż za nią.
     Scott oparł się o futrynę i zapalił światło. Aaron zaklął siarczyście za szok dla jego oczu. Przynajmniej mógł się rozejrzeć. Cela była po prostu szara, betonowa. Zimna. Sufit ubrudzony był krwią. Jednak co innego zszokowało Aarona. W kącie siedziało jakieś dziecko. Przerażone i ciągle wpatrujące się w niego. Więc to był jego obserwator? 
 — On jest cały we krwi! — Ryknęła. 
     Aaron obejrzał się dokładnie. Był pozbawiony ubrań od pasa w górę. Cały jego brzuch był zakrwawiony, a z boku sączyła się świeża rana od ugryzienia. To go zbiło z tropu. Nic, a nic nie wyczuł wcześniej, a ponadto nie przypominał sobie, żeby ktoś go atakował.
 — Cały? Bez przesady — prychnął Scott i zmierzył Aarona ostrzegawczym spojrzeniem.
 — Wydostań go stąd — zażądała.
      Benetty spojrzał na nią pytająco. Jakby nie spodziewał się słów, które usłyszał. 
 — A skąd pomysł, że mogę to zrobić? — Odpowiedział jej niewinnie rozkładając ręce. 
     Aaron zaśmiał się, jak gdyby usłyszał największe kłamstwo świata. Spojrzał prosto w jego zielone oczy. Scott jednak nie uląkł się spojrzenia. Ta walka spojrzeń była przesiąknięta złością i pogardą. 
 — A skąd pomysł, że wielki Scott Benetty nie mógłby tego zrobić? Niedługo to będzie twój zakon...  — Aaron splunął — o ile już nie jest. — Dopowiedział cicho, acz słyszalnie.
   Scott napotkał błagalne spojrzenie Raby. Sam nie wiedział czemu, ale postanowił spełnić jej prośbę. Wyjął klucz z tylnej kieszeni spodni i podszedł do zamka.
 — Skąd pomysł, że odwiedzać Czarny Zakon, wielki Aaronie, dziedzicu Hellionu? — odparł i przekręcił klucz w kłódce. 
     Raby natychmiastowo odepchnęła Scotta, ażeby wejść do celi pierwsza. Już miała pomagać mu się uwolnić z kajdan, jednak usłyszała warknięcie. Tuż za sobą.
 — Dziewczyno, spokojnie — Scott powiedział cicho — nie ruszaj się — polecił.
    Szatynka zamarła. Nie obleciał jej strach, tylko zszokowanie. To brzmiało jak dzikie zwierzę. Spojrzała na Aarona pytająco, jednak on nie odpowiedział jej niczym. Jego wyraz twarzy się nie zmienił. Wciąż patrzył na nią spode łba.
    Scott szybkim ruchem szarpnął Raby za rękę, popychając ją w bezpieczne miejsce. Zatrzasnął kraty w ostatnim momencie. Dziewczyna pisnęła cicho z bólu, choć gdy zobaczyła potwora tuż przed sobą była wdzięczna Scottowi za wszystko, co zrobił przed chwilą. 
     Ujrzała w tym czymś dziecko. Wcześniej miało duże, brązowe oczy. Teraz były jeszcze większe, całe czarne, pozbawione białek. To coś szarpało kratami. Zamiast palców miało długie, twarde szpony. Błyszczały bielą. Szczerzyło do niej zęby, choć przypominały one bardziej naostrzone kły dzikiego zwierzęcia. Z brody skapywała na zmianę gęsta ślina i krew. Przyglądała się dokładnie ruchom stworzenia, było gotowe rozszarpać ją na strzępy w każdej chwili. 
 — To zwykły kariel — wysapał Scott, ledwo utrzymując kraty.
 — Zwykły?! — Ryknęła do niego. 
     Aaron przyglądał się wszystkiemu uważnie. Wcale nie dziwiło go to, że stworzenie zainteresował o się Raby. Jego krwi już skosztowało, była wyjątkowo ohydna. Krew ludzka za to była prawdziwym dla karieli rarytasem. Zastanawiał się tylko, dlaczego bestia nie zamierzała zaatakować Scotta. Chociaż po dłuższych rozmyślaniach stwierdził, że ludzie z Czarnego Zakonu zawsze zaskakują go wszystkim. Pewnie na wygłodniałe kariele również znaleźli rozwiązanie. 
 — Jak go wydostaniesz? — wyjąkała. 
 — Raby, wyjdź stąd — polecił jej Aaron. Jego głos drżał. Prawdopodobnie rana się zaogniła. 
 — Co? — Spojrzała na niego pytająco.
 — To dobry pomysł — odparł Scott. — Wróć do pokoju.
 — Żebyś mógł go zabić?
 — Obiecuję ci, Raby — spojrzał na nią pełnią swoich zielonych oczu. — Przyprowadzę go do ciebie całego i.. może nie do końca zdrowego, ale żywego z pewnością. 
     Raby westchnęła. Wstała z zimnych płytek i jeszcze raz spojrzała na Aarona. Posłała mu ostatnie czułe spojrzenie i wyszła z pomieszczenia. Chciała być jak najdalej od tej bestii.

...

     Ulleyele targały różne myśli. Już czuła tą pustkę bez Raby. Bezużyteczność i bezsilność. To okropna mieszanka. Dostała zadanie odnalezienia swojego brata. Z kolei on zniknął miesiąc temu w poszukiwaniu azylu. Szczerze żałowała, że nie miała wystarczająco wyobraźni, ażeby zrozumieć co ją będzie czekało w Hellionie. Wykluczenie z życia Raby bolało najbardziej na świecie. Bolało ją nawet bardziej niż utrata Vanillinae. Była jedyną z jej przybranego rodzeństwa, którą naprawdę kochała. Po jej odejściu nic nie było takie same. Jednak ból, który teraz czuła był o wiele gorszy.
      Bezproblemowo znalazła się w miejscu, w którym wiedziała, że znajdzie Wernma. Hellion był dla nich zagrożeniem, wszak mniejszym niźli Eter. Jednak gdzie najlepiej się skryć? Pod samym nosem wroga. W komnatach Białej Królowej. Była pewna, że Wernm pomyślał tak samo. Prawie pewna.
       Biała Królowa znana była jako niezłomna, pełna potęgi i geniuszu. Zamieszkiwała Chmurę nad Eterem, blisko zakazanych lasów. Miała czuwać nad zwierzętami bez duszy, jakoby one też potrzebowały troski. Jednak ona, tak samo jak i Stwórca była postacią mityczną. Tylko nieliczni mogli się z nią spotkać. A jako postać mityczna posiadała moc niewyobrażalnie większą niźli jakiś Syn Stwórcy. Była porównywalna z samym Stwórcą. Gorzej tylko, że była bardzo specyficznym stworzeniem. Mimo wszystko łatwo było ją oszukać, zmusić do pomocy poprzez manipulacje. Stworzyć iluzję, że tak naprawdę wiele może zyskać na sprawie, która nie powinna mieć dla niej znaczenia.
     Jednak zawsze pozostawało Stowarzyszenie Koniożerców. Ulleyele zawsze brzydziła się tej nazwy. Konie to przecież majestatyczne stworzenia, piękne, pełne gracji. Istniały jednak w świecie ludzi i posiadały duszę. To wystarczające, ażeby wszyscy poddani Białej Królowej nimi gardzili. Willa Smerthe, główny komandor, była nieugięta. Podczas gdy Biała Królowa była podatna na wszelkie manipulacje, Willa stała się jej obrońcą. Była inteligentna, błyskotliwa i niesamowicie nieufna. Głównie od niej zależała decyzja o dopuszczeniu kogokolwiek do Królowej. Zastanawiała się, czy Wernm poradził sobie z pierwszą przeszkodą.
      Lily poprawiła sukienkę. Była śnieżnobiała, z lekkiego materiału, marszczona przy ramionach. Zakrywała jej bose stopy. Jednak anielica lubiła chodzić wszędzie boso. To sprawiało jej poniekąd przyjemność. Teraz stąpała po wilgotnej ziemi, po beżowym piasku. Wokół brakowało jakichkolwiek zjawisk meteorologicznych. Żadnego wiatru, gorąca czy typowego dla klimatu chmury - chłodu. Tuż przed nią nagle wyłoniła się brama. Ktoś na nią czekał. Zupełnie jak się tego spodziewała.
      To była niewysoka blondynka z krótko ściętymi włosami. Widziała ją dość wyraźnie przez ciężką, metalową zbroję. Okalała całe jej ciało. Tuż pod nią były jakieś granatowe, gustowne szaty.  Jej wyraz twarzy nie wyrażał nic, co ludzkie. Ale ona nie była człowiekiem. Była elfem. Wszystko przez delikatnie szpiczaste uszy.
 — Willa — odezwała się do niej Ulleyele. Kobieta tylko prychnęła.
 — Czy był tutaj mój brat?
 — Dziedzic Eteru? — Odparła sarkastycznie elfka.
 — Willa.
      Dziewczyna dobrze ją znała. Mimo, że miała lepsze kontakty z jej przyrodnim rodzeństwem, to kobieta nigdy nie zwracała się do niej tak chłodno. Może to dlatego, że była na stracone pozycji? Ale podobno Koniożercy nie są honorowi. Guzik ich to winno obchodzić.
 — Był — powiedziała beznamiętnie.
 — Był? — Ulleyele nie ukrywała zaskoczenia, jednak jej przypuszczenia okazały się prawdą. — To znaczy, że już go tu nie ma?
 — Jeden plugawy anioł wystarczy nam za bramą — Willa walnęła mieczem o stalowe kraty.
     Broń była pokaźnej długości, choć wyglądała delikatnie. Kobieco. Rękojeść wysadzana była białym opalem i mieniła się w słońcu.
 — Czy mogę...
 — Nie, Ulleyele, nie możesz.
     Dziewczyna uśmiechnęła się na jej słowa. Poczuła w nich troskę. Jakby Willa po prostu nie chciała jej wpuścić ze względu na to, że zbytnio się o nią martwiła. Ona mogła oszczędzić stworzenie obdarzone duszą. Jednak jej towarzysze? Któż znał myśli tych bestii, którymi dowodziła? Z pewnością straciła by w ich oczach jako przywódca.
 — Willa, nigdy bym cię o to nie prosiła, jednak ta sytuacja wymaga...
 — Twój brat wszystko nam wyjawił.
 — Willa..
 — Jest bezpieczny. Nie mogę tego zagwarantować tobie. Dlatego najlepiej będzie, jeśli stąd odejdziesz — kobieta odwróciła się plecami i postanowiła opuścić anielicę.
 — Znów wykonujesz rozkazy Hassay'i jak potulny piesek? — Wysyczała Lily w złości.
    To wystarczyło, ażeby blondynka się odwróciła. Zmierzyła ją złym spojrzeniem. Pełnym rozczarowania i żalu. Po kilku chwilach jednak jej wyraz twarzy złagodniał.
 — Myślałam, że najwyższą wartością powinna być Królowa — dodała.
 — Ulleyele! Przestań! — Willa ścisnęła dłonie w pięści.
 — Tylko tyle mi powiesz? Gdyby nie twoje układy z Hassayą to już dawno rozmawiałabym z Królową o czymś, co jest dla niej ważne.
 — Nie jest to prawdą, Ulleyele.
 — Już zapomniałaś słowa przysięgi.. zapomniałaś, jak ślubowałaś Królowej?
     Kobieta jej nie odpowiedziała. Wpatrywała się w podłogę beznamiętnie. Ulleyele nie potrafiła odczytać nic z jej twarzy. Postanowiła więc kontynuować.
 — Zapomniałaś z jaką pasją opowiadałaś mi legendy o Białej Królowej? W twoich oczach widziałam zaangażowanie. Teraz nie widzę nic, prócz tego, jakim pieskiem Hassay'i się stałaś — Ulleyele warknęła.
     Willa bez zastanowienia zaczęła recytować z pamięci:

"Biała Królowa powstała z łaski Stwórcy. Nie można jej zabić. Nie można jej osłabić. Nie można jej przeszkodzić. Została stworzona, ażeby uczynić bezduszne stworzenie miłosierne. Ma je kochać, dbać o ich egzystencję. 
Stworzenia obdarowane duszą nie mogą żyć bez tych, które jej nie posiadają. Biała Królowa jest równowagą w świecie i świętym miłosierdziem dla odrzuconych istot.
Każda noc przybliża świat do wyklucia Świętej Białej Królowej w postaci materialnej. Gdy nastanie świt, 300 dni przed końcem żniw, Biała Królowa wykluje się i poprowadzi duchowo ułomne stworzenia do końca świata. Haehre de lorem vianna ihsun."

     Wyraz twarzy Willi złagodniał. Jakby odzyskała wiarę w samą siebie.
 — Jak widzisz, pamiętam słowa medium dotyczące mojej Królowej — powiedziała z delikatnym uśmiechem na twarzy.
 — Słowa Hassay'i Czarnej Piron, oczywiście — wysyczała.
 — Ulleyele, prowokujesz mnie — warknęła. — Chcesz umrzeć na obcej ziemi?
 — Próbuję w ogóle nie umrzeć. Ale.. — dziewczyna przewróciła oczami — ty usilnie mi w tym przeszkadzasz.
 — Chyba nie wiesz o czym mówisz.
 — Willa, proszę. To moje życie. I jeśli chcesz je uratować, musisz mnie wpuścić — tupnęła nogą.
     Willa miała niepewny wyraz twarzy. Lily zrozumiała, że powoli przełamuje kobietę. Posłała jej błagalne spojrzenie i podeszła bliżej bramy. Złapała w ręce jasne pręty i ścisnęła je.
 — Wpuść mnie.
 — Ulleyele — westchnęła. — Jeśli zginiesz, ja nie będę miała twojej krwi na rękach — mówiąc to otworzyła bramę i wpuściła anielicę do środka.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz