Raby obudziła się po kilku dniach. Jakimś dziwnym sposobem znalazła się w Czarnym Zakonie wraz z dwójką jej obrońców - Scottem i Aaronem - stali w miejscu. Czekali na odpowiedź Mochii, a ten wydawał się ich ignorować. Szczególnie dla Raby było to utrapieniem. Gdyby tylko mogła, to wróciłaby natychmiastowo do przyjaciółek. Były gdzieś daleko stąd same, samotne. Skazane na dzieci Eteru. Aż wzdrygnęła się na myśl o nich. Dużo się nasłuchała od Ulleyele o Eterze. Coraz bardziej za nią tęskniła, ale póki była w świecie aniołów nie potrzebowała jej pomocy.
— Kiedy będę mogła do nich wrócić? — Raby zwróciła się do Aarona. Ten błądził obojętnie po kartkach papieru, które sam zapełnił.
— Z tego co mi się wydaje, to niedługo... Mój ojciec nie odpowiedział. To znaczy, że prawdopodobnie nie ma żadnych planów wobec ciebie. — Aaron uśmiechnął się słabo, co całkowicie zszokowało czarnowłosą. Przecież rzadko to robił, szczególnie w stosunku do niej.
— A ty musisz wracać — Scott odezwał się wstając z fotela — do Hellionu. To oznacza, że nic tu po tobie.
— Raby potrzebuje ochrony w świecie ludzi, jeśli zamierza tam wrócić. Nie ma Ulleyele u swojego boku... — odparł cicho, z wyraźną wrogością w głosie.
— Gdy się urodziłem, dostałem swojego anioła stróża. Nigdy nie potrzebowałem jego pomocy.
— Musiałeś urodzić się w świecie ludzi, skoro dostałeś swojego anioła stróża... — Aaron bąknął tylko zgniatając kartkę w ręku.
— To prawda. Ale przebywałem głównie w Czarnym Zakonie. Mój anioł stróż miał wakacje przez większość mojego życia.
— Tak, Amira miała mnóstwo wolnego czasu — jęknął.
Scott wyjątkowo się zmieszał. Nie pasowało mu to, że Aaron znał jego anioła stróża. Co więcej, to była sytuacja dość krępująca.
— Nie zamierzam z tobą o tym rozmawiać, nie potrzebuję jej. Tak samo jak Raby nie potrzebuje żadnego anioła stróża. Żadnego — ostatnie słowo podkreślił wpijając w mężczyznę wrogie spojrzenie. Zacisnął pięści.
Czarnowłosa uśmiechnęła się szeroko uciekając wzrokiem. Zgadzała się z blondynem. W Czarnym Zakonie traktowana była jak jakaś najwyższa istota, lepsza od aniołów. W gruncie rzeczy nawet do głowy jej przyszło, że to anioły potrzebują jej bardziej, niż ona ich.
— Ona nie jest człowiekiem, to prawda — Aaron rozsiadł się nonszalancko w fotelu, irytując blondyna swoim uśmieszkiem. — Ale czy zdajesz sobie sprawę czym jest?
— Chcesz mi powiedzieć, że nagle się dowiedziałeś? — Sapnął Scott.
Po jego słowach drzwi się otworzyły, a stanął w nich mężczyzna. Błądził wzrokiem po pomieszczeniu. Charakteryzowały go ciężkie buty, zgarbiona postura, jednak przede wszystkim to, że długość jego brody niemal równała się z włosami. Były czekoladowo-brązowe, delikatnie falowane, opadały kaskadami na jego ramiona. Sięgały nieco za ramiona. Gdy tylko jego wzrok napotkał Raby, to kąciki jego ust uniosły się, a wraz z nimi starannie ułożone wąsy.
— Ademar, coś konkretnego? — Scott przewrócił oczami — jesteśmy w trakcie czegoś...
— Witaj Raby, pierwszy raz od iluś tam lat dali mi jakieś wartościowe zadanie. Pozwól więc, że się przedstawię — mężczyzna, choć na oko niezbyt stary, dwudziestoparoletni zbliżył się do czarnowłosej i delikatnie, z wrodzonym komizmem ukłonił się jej — zwą mnie Ademar von Hirsch , władam ogniem... jako jeden z nielicznych tutaj potrafię go kontrolować. Czyż to nie zachwycające? Wprawdzie, nie równa się to prawdopodobnie twoim zdolnościom, jednak jestem pewny --
— Umiesz podpalić świeczkę bądź cygaro, daj spokój Ademar — westchnął Scott, na co brodacz zdążył tylko walnąć go w ramię. Zabolało, choć wyglądało to dość zabawnie.
— Świeczki? Ja — Aaron wstał kontynuując władczym tonem — potrafię podpalać budynki! Całe doliny, krainy... Choć oczywiście tego nie wykorzystuję.
— Hellonie, wracaj do swojego piekła, a ty Scott zmykaj już gdzie chcesz. Ta rozmowa została zlecona przez Werreta, jest ważna, jak nie najważniejsza w mojej karierze — Ademar jęknął teatralnie wypraszając dwójkę gestem.
Raby przyglądała się wszystkiemu w ciszy. W głowie tylko rozmarzyła się, co to by się stało, gdyby ona potrafiła podpalać całe doliny. Według wszystkich ludzi, jakich spotkała w ciągu ostatnich dni, potrafiła o wiele więcej niż to. Dlaczego ona sama nie była o tym przekonana?
Gdy Scott i Aaron wyszli - oczywiście po licznych narzekaniach wynikłych z czystej ciekawości - Ademar i Raby pozostali w pokoju całkiem sami.
— Więc co chcesz mi powiedzieć? Że jestem więźniem Zakonu? — Raby założyła nogę na nogę i oparła się wygodnie o fotel. Czuła, że za chwilę będzie musiała wysłuchiwać innych okropieństw. Wciąż się do nich nie przyzwyczaiła.
— Zgodnie z tym co polecił mi Werret, a wierz mi, poleca mi różne gówna, jak patrolowanie ulic...
— W każdym razie — ponagliła go.
— W każdym razie, jesteś żywiołakiem.
— Och, dzięki ci wybawco — Raby aż zaklaskała w dłonie z udawanej radości.
— Więc zapewne zdawałaś sobie z tego sprawę... No dobra. Ale przynajmniej jest to potwierdzone w stu procentach. Jesteś pierwszym osobnikiem z tej rasy, który trafił do Zakonu, gdyż nasza bariera nawet cię nie wykryła.
— To znaczy, że...?
— To znaczy, że nie jesteśmy w stanie stwierdzić, czy jesteś bardziej aniołem, czy może człowiekiem.
— Jakie to ma znaczenie? — Prychnęła unosząc wzrok ku sufitowi. Ktoś wydawał głośne dźwięki piętro wyżej. — Słyszałeś to? — Zmrużyła oczy.
— Co takiego?
— Jakby wiercenie... czy... Sama nie wiem. Jak mogłeś tego nie słyszeć?
— Jakie to ma znaczenie? — jęknął siadając na fotelu obok niej.
— Zdaje się, że pierwsza zadałam to pytanie. Kontynuuj.
— Posiadasz anielskie talenty... To z pewnością nie cecha człowieka.
— Ty posiadasz. — Omiotła go wzrokiem od stóp do głów — Choć z tego co słyszałam, są mierne.
— Moja babcia była anielicą, takie "sztuczki" czasem się zdarzają. Większość z nas ma krew anielską. Dlatego tutaj przebywamy... Czy ty nie znasz historii Czarnego Zakonu? — warknął przejęty. Raby milczała, co było dla niego odpowiedzią. — Cholera, jesteś u nas już długo. Nawet cię to nie interesuje? — Znów milczała, jednak tym razem mężczyzna się uśmiechnął. — Ja również mam to w dupie. Nie martw się. W każdym razie, niewiele jest tutaj osób, które są czystej krwi ludźmi. Werret, czy Scott na ten przykład. Nasz ukochany blondyn ma zostać następcą właśnie z tego powodu. No i może, paru innych jeszcze...
— Przecież on jest kretynem, nie obrażając go, oczywiście — Czarnowłosa uśmiechnęła się sztucznie. Ademar parsknął głośnym, rżącym śmiechem.
— Może cię rozczaruje, jednak Scott nie jest głupi, choć niestety, często nadmiernie głupotą emanuje.
— Jaki w tym wszystkim jest sens? I co ja tu właściwie robię... — Raby ściszyła głos, uwieszając wzrok w dębowej podłodze.
— Dziewczyno. Kontrolujesz żywioły, nie jesteś ograniczona energią tak jak anioły, dodatkowo sama możesz tą energię rozdawać. A co więcej, możesz karmić kogo zechcesz. Ostatnio mieliśmy nawet doniesienia, że inne z twojej rasy bardzo szybko zaczęły kontrolować swoje żywioły w stopniu niemal zaawansowanym. Nic cię nie ogranicza. Nie ma niczego takiego na świecie — Przy ostatnich słowach, jego czekoladowe oczy zaświeciły się z podniecenia.
— Co sugerujesz? Że ja... — dziewczyna urwała zdanie wpatrując się w jego oczy z niedowierzania.
— Raby — westchnął — w niepowołanych rękach możesz być świetną bronią — ściszył głos.
— Bronią Hellionu?
— Współpracujemy z nimi, musimy ich powiadomić o tym, jakie masz możliwości. Jednak masz czas, żeby uciec. Nie pozwól, żeby ktokolwiek cię kontrolował.
— A wy? Nie chcecie mnie zamknąć i wykorzystać? Dlaczego?
— I kto tu jest kretynem, Raby? — Wyśmiał ją głośno. — Przestań użalać się nad całym światem. To może być prawdą, że cały świat jest przeciwko tobie. Jednak nadal jesteś człowiekiem, w jakimś stopniu... A my chronimy ludzi.
— Więc co mam zrobić? — Czarnowłosa wstała i nerwowa zaczęła rozglądać się po pomieszczeniu.
— Na moje oko możesz nic nie robić, jednak radzę ci uciekać do innych z twojej rasy. One potrafią kontrolować swój żywioł, ty nawet go nie odkryłaś... Ze swoimi bezpieczniej, nie?
...
Światło wydobywało się tylko ze świec. Było żółte, niemal pomarańczowe. Raby znajdowała się na środku pokoju, w wielkiej, blaszanej wannie. Okryta była przez białą wodę i resztki piany. Nastrój, który panował w pokoju powoli ją usypiał. Woda robiła się coraz zimniejsza, świece miały coraz mniej parafiny, a Raby coraz mniej pozytywnych myśli. Gdy ktoś zapukał do drzwi, nakazała wejść, gdyż była pewna, że to służka. W jej życiu już nic nie było pewne, bo niespodziewanym gościem okazał się Aaron.
— Chciałbym powiedzieć, że mogę przyjść później — zaczął cicho, zamykając drzwi — jednak ani nie chcę, ani nie mogę przyjść później.
Raby nieco się zawstydziła, tym bardziej, że nie potrafiła odgadnąć intencji mężczyzny. Schowała się głębiej pod wodę tak, że wystawał jej tylko dekolt i mocno zarysowany obojczyk.
— To co mówisz nie ma sensu — wyjąkała odwracając wzrok.
— Za kilka minut wyruszam do Hellionu, a ty zaś idziesz do świata ludzi... — Podszedł do niej, nachylając się nad jej wanną.
— A więc chcesz się pożegnać? — Odważyła się na niego spojrzeć.
— I podziękować... dałaś mi energię, a ja nie miałem okazji... — oparł się dłonią o blaszaną krawędź. Jego mina z zakłopotanej, jak w ruletce zmieniała się to w zawstydzoną, to w poirytowaną, a czasem nawet w szczęśliwą. — Nie umiem dziękować.
— Rozumiem. Nie musisz, po prostu kiedyś będziesz musiał się odwdzięczyć...
— Odwdzięczyć...? — Zaciekawił się jej słowami. Objął dłonią jej blade, wystające z wody kolano. Jego dotyk był ciepły, helloński. Ona zaś była zimna jak lód.
— Tak — odwróciła wzrok.
Podróżował dłonią po jej udzie na wszystkie strony, jednak w końcu zatrzymał się na jego wewnętrznej stronie.
— Nie do końca o to mi chodzi, Aaronie. — Skomentowała jego zachowanie i sięgnęła ręką do jego dłoni, ażeby ją odepchnąć. On niestety był silniejszy. W końcu sam żywioł ognia dawał mu siłę.
— W takim razie o co? — Spojrzał na nią pytająco, łapiąc ją pod wodą za rękę.
— Czeka mnie niebezpieczne życie.
— Z pewnością czeka. — Dotknął jej podbródka mocno go ściskając. Palcem przejechał po jej wargach rozchylając je.
— Myślisz, że byłbym w stanie cię obronić? — Powiedział odwracając się do niej plecami. — Przed Hellionem, Eterem, przed... całym światem.
Raby skorzystała z okazji, kiedy się odwrócił. Złapała za ręcznik, który zwisał z prawej strony wanny. Wyszła z niej, okrywając się lnianym materiałem. Woda ściekała na dębową podłogę. Była rozgrzana, choć nie w ten sam sposób, co Aaron.
— W końcu potrafisz palić całe doliny... — uśmiechnęła się szeroko, na co odpowiedział jej Aaron, odwracając się.
— To pożegnanie. Jednak, niedługo przybędę. Odnajdę cię w świecie ludzi.
— Wierzę — odgarnęła włosy za ucho.
Aaron skorzystał z chwili, ażeby delikatnie zsunąć ręcznik z jej pleców. Ujrzał dwa, czarne i symetrycznie ułożone ślady na jej łopatkach. Obrócił ją siłą, ażeby mógł się lepiej przyjrzeć.
— Raby...
— Wiem, co to. — Skomentowała ponownie się odwracając — Powinieneś już wyjść.
— Od kiedy wiesz? Skąd wiesz? Jak... — jego mina była zmieszana. Mimo to błądził wzrokiem po jej ciele. — Co jeszcze tam skrywasz?
Twarz czerwieniała jej ze złości z każdym jego słowem. Nie chciała, żeby patrzył na nią w ten sposób. Wyczuła pewne obrzydzenie w jego głosie.
— To tylko skrzydła. Podobno są powszechne. — Odgarnęła włosy z czoła intensywnie wpatrując się w drzwi. Aaron prawdopodobnie to zrozumiał, choć zignorował.
— Powszechne? Osobiście, mogę na palcach policzyć osoby, które posiadają skrzydła...
— Nie do końca je posiadam. Ciężko to wytłumaczyć jednak przynajmniej teraz mam dowód na to, że nie jestem już człowiekiem...
— Oby był jedyny. Talent powietrza wpędzi cię tylko w kłopoty.
— W kłopoty? — Raby zmartwiła się nieco. Aaron wyczuł to w jej głosie, ujrzał to w jej oczach. Złapał ją czole za policzek i niemal wyszeptał:
— Anioły z talentem powietrza często tracą rozum. Ale... — uśmiechnął się, choć ona doskonale wiedziała, że nieszczerze — ty nie jesteś aniołem.
— Ja... — opuściła głowę w dół, analizując jego słowa dogłębnie.
— Do zobaczenia, Raby Glasser — wypowiedział pewnie jej imię i ucałował jej czoło. Zniknął szybciej, niż zdążyła podążyć za nim wzrokiem.
...
Ademar czekał na nich na polanie, wypatrując wschodu słońca. Przełożył znoszony plecak na lewe ramię, ażeby sięgnąć do kieszeni i wyciągnąć z niej świstek papieru.
— Dla takiego gówna muszę ruszać się z łóżka... coś takiego — stęknął, a tuż za sobą usłyszał chrząknięcie. Gdy tylko brunet się odwrócił, ujrzał Scotta, a obok niego zaspaną Raby.
— Ktoś tutaj ciekawie spędził noc, co? — Uśmiechnął się szelmowsko i wstał, otrzepując się z pyłków wszelakiej maści. Włosy związane miał w kucyk pod karkiem. Był luźny i wyjątkowo nieestetyczny, choć samemu właścicielowi w ogóle to nie przeszkadzało.
— Nie jestem do końca pewny, jaka może tam być pogoda, Raby... nie będzie ci... no nie wiem, zimno? — Scott podrapał się po blond czuprynie spoglądając na Raby.
Ubrana była wyjątkowo letnio. Dżinsowe szorty i jasnoniebieska, zwiewna koszulka opinała jej górną część ciała. Włosy upięte miała wysoko, skłębione w niechlujny kok, którego oszalałe kosmyki powiewały na wietrze. Scott przyglądał się jej już z dobre dwie minuty, co sprawiło, że w towarzystwie zrobiło się niezręcznie. Sama Raby spuściła wzrok na dół, zakrywając mu widok dłonią.
— Od dawna... nie czuję już zimna. Choć jeśli miałabym to jakoś opisać — spojrzała na zdziwioną twarz Scotta, mówiąc nieco głośniej — to zimno to jedno z najprzyjemniejszych rzeczy, jakie czułam.
Wyminęła ich, ściskając ramię plecaka. Scott wlepił tym razem spojrzenie w Ademara.
— Nie patrz tak na mnie Benetty, nie znam się na żywiołakach — brunet parsknął śmiechem, podobnie jak Scott. Oboje postanowili ruszyć za Raby bez najmniejszego sprzeciwu. Dotarli na klif. Nie był pokaźnej wielkości, najwyżej pięć metrów od wody, choć to maksymalna wysokość w Czarnym Zakonie. Raby odwróciła się do Scotta i podała mu nóż.
— Trzymaj.
— Poprzez krew? JESTEŚ CHORA? — Jęknął Ademar wymierzając cios płaską dłonią wprost w swoje czoło.
— Nie znacie tajnych przejść do świata ludzi. Co najwyżej jedno. Nim do niego dotrzemy, minie dzień... — Raby spojrzała na Scotta — prawda?
— Kto ci takich bzdur naopowiadał? — Ademar niemal opluł się ze śmiechu.
— To prawda. — Scott spojrzał na bruneta poważnie. — Jednak podróżowanie przez krew jest niebezpieczne.
— Mi i Aaronowi się udało. — Powiedziała pewna siebie.
— Udało się, bo to Czarny Zakon, a nie świat ludzki. On jest zdecydowanie większy. Możemy wylądować wszędzie.
— Wiem o tym. Gdy się nudzę to zdobywam informacje — jęknęła — a w Czarnym Zakonie nudziłam się często.
— Więc co cię podkusiło? — Ademar westchnął, opadając na pobliski kamień.
— Dokładnie wiem, gdzie się ukrywają. Dlatego powinno się udać.
— Powinno — jęknął Ademar.
— Działasz mi już na nerwy, kretynie — Scott syknął.
Raby uniosła brwi w zaskoczeniu. Pierwszy raz widziała go w takim stanie emocjonalnym.
— Gdzie są? — kontynuował blondyn.
— W moim domu.
— Niech ci będzie — Scott uśmiechnął się delikatnie i rozciął sobie dłoń, podając sztylet dalej, do Ademara.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz