Bonnie była roztrzepaną dziewczyną. Wielokrotnie zapominała zamykać drzwi od domu lub wyłączyć gaz. Wszystko kończyło się dobrze wyłącznie za sprawą jej matki, Rozalii. Były do siebie podobne tylko z oczu. Głębokie, ciemnobrązowe ślepia sprawiały, że każdy ilekroć w nie spojrzał widział niesamowitą energię. Ojciec Bonnie lubił mówić na to "gorące szaleństwo". Jednak po jego śmierci Rozalia stała się bardziej flegmatyczna, zwracała mniej uwagi na swoją córkę. W tym samym czasie BonBon uwalniała swoje szaleństwo nie przejmując się konsekwencjami. Rozpalała się coraz bardziej i nikomu nawet przez myśl by nie przeszło, ażeby miała z tego wyrosnąć. Zbliżały się jej siedemnaste urodziny. To miał być wyjątkowy dlań dzień. Z tego też powodu zamierzała spędzić go wraz ze swoimi przyjaciółkami - a nie z matką w rodzinnym domu.
- Wychodzę i wrócę jutro! - Wybiegła trzaskając drzwiami. I tyle ją rodzicielka widziała. Czterdziestolatka przetarła ręką zmęczone oczy, przemierzając czeluści pustego mieszkania. Natrafiła na zabrudzone lustro, którego nie miała siły nawet doczyści. Zmęczyła się samym widokiem własnego oblicza. Czterdzieści to nie aż tak dużo, a na jej głowie już roiło się od siwych włosów. Nawet nie zauważyła kiedy ten czas zleciał.
BonBon wybiegła z klatki jak oparzona. Gdy tylko ujrzała, że słońce dopiero co się podnosi, odetchnęła z ulgą. Może i wstała zbyt wcześnie i spanikowała, że się spóźni? W końcu Ariana tak bardzo irytowała się na myśl, że ktokolwiek mógłby nie przybyć na czas. Sięgnęła do kieszeni wytartych spodenek i wyciągnęła telefon. Jedną ręką uformowała swoje wymyślne hasło na ekranie po czym spojrzała na godzinę. Była 6:02.
- Mam jeszcze pół godziny.. - Powiedziała niby to wesołym głosem.
Skierowała swe nogi w znajomą stronę. Może Raby już wstała. Nie miała aż tak daleko. Podróż zajęła jej dziesięć minut, a po drodze zdążyła jeszcze ułożyć świetny plan na jej przyjęcie urodzinowe.
Weszła po paru schodach - dziewczyna mieszkała na pół-parterze. Zapukała energicznie w drzwi. Musiała powtarzać czynność wielokrotnie, gdyż wydawało się, że jej przyjaciółka nic sobie nie robiła z hałasów.
W końcu pożółkłe drzwi otworzyły się, a w nich stanęła całkiem wysoka dziewczyna. Miała bladą cerę i rzadkie piegi na policzkach. Czarne włosy spływały jej kaskadami na ramiona.
- Raby, jest ktoś w domu? - Bonnie wystawiła głowę za futrynę próbując odszukać innego człowieka w pobliżu - dzień dobry! - Krzyknęła głośno.
- Nie wrzeszcz, nikogo nie ma - dziewczyna wywróciła oczami - czemu jesteś tak wcześnie? Zgłupiałaś?
Brunetka dopiero zauważyła, że Raby jest jeszcze w piżamie. Zareagowała na to z wyjątkową jak dla niej niechęcią.
- Pośpiesz się, dobrze wiesz, że Ariana nie lubi czekać - pośpieszyła przyjaciółkę.
- Jest z chłopakiem, nie będzie na nas zła. Wejdź, poczekaj w środku i zadzwoń do niej. Ja się przygotuję.
- Z chłopakiem? Matt?
- To był Matt? - Raby znów przewróciła oczami - A myślisz, że z kim jedziemy autem? Żadna z nas nie ma prawa jazdy.. a co lepsze, nawet nie posiadamy auta. Siedź cicho i zaakceptuj to, że jesteśmy na łasce Panny Stacey.
- Jak chcesz - BonBon wzruszyła ramionami i zrobiła to, o co ją Raby prosiła. Wpakowała się do niewielkiego mieszkanka urządzonego w tradycyjny sposób. Jednym słowem w guście siedemnastoletniej Bonnie Hurricane to mieszkanie potrzebowało remontu.
- Victoria jest już taka duża? Czwarta klasa? - Spytała szatynka, podnosząc zdjęcie w starej, poszarzałej ramce.
- Nie, po prostu jest gruba - podsumowała żywot swojej siostry w jednym zdaniu - pojechała teraz na jakiś fitness dla dzieci. Mama ma ją odebrać wieczorem. Niepotrzebne wydatki, mogłaby po prostu przestać żreć - powiedziała sięgając mleka z dolnej półki w lodówce.
Bonnie wparowała do kuchni natychmiastowo, gdy usłyszała charakterystyczny dźwięk drzwiczek lodówki. Zastała kompletnie ubraną Raby. Długi szary sweter, luźne spodnie i znoszone trampki. Z włosami nie zrobiła nic konkretnego, wszak zaplotła je w luźny warkocz.
- Szybko się z tym uporałaś - szatynka spojrzała nań zazdrośnie. Szybko przeszła z kuchni do korytarza a tam czekało na nią utrapienie, mianowicie lustro.
Raby nie musiała nic nadzwyczajnego robić, żeby wyglądać dobrze. Zaś Bonnie zawsze miała szary styl, nie wyróżniała się. I dzisiaj również wyglądała zwyczajnie. Wytarte spodenki i zielona koszulka w białe paski. Tak samo jej włosy, były niesamowicie kręcone i nigdy nie mogła ich ujarzmić. Często krzyczała rankami ze złości, a one jej najzwyczajniej w świecie nie słuchały. Uznała, że dzisiejszy dzień przeznaczy na zmiany. I to gruntowne zmiany w swoim życiu!
- Wszystko będzie inaczej - powiedziała cicho miętoląc swoje włosy przed lustrem.
- Co Ty tam mówisz? Chodźmy, spóźnimy się! - Raby szarpnęła przyjaciółkę za ramię i siłą wyprowadziła ją z domu. Kopnięciem domknęła pierwsze drzwi, drugie zaś zakluczyła sprawdzając trzy razy, czy aby na pewno wszystko poszło zgodnie z jej myślami.
- Kiedyś zapomniałam ich zamknąć - westchnęła - jednak nic wielkiego się nie stało.
- Trochę adrenaliny w młodocianym życiu - pocieszyła ją Hurricane. I wyszły z klatki wprost pod wyznaczone miejsce.
Na miejscu czekała na nie ich przyjaciółka, Ariana. Wyszła z metalicznej Toyoty ukazując swój niepowtarzalny uśmiech i błyskające radością zielone oczy. Miała na sobie białą koronkową sukienkę i pastelowo-grafitowe szpilki. Czekoladowe włosy pozostawione były same sobie, za plecami, a trzeba było przyznać, że były pokaźnej długości. Krótko mówiąc Stacey nie wyglądała, jakby miała jechać ze swoimi przyjaciółkami na biwak nad jezioro.
- Witajcie kochane - krzyknęła radośnie marszcząc czoło - jesteście w samą porę!
- Jest 15 minut po czasie.. - Bonnie mruknęła tylko, jednak szybko uciszył ją pocałunek w policzek od zielonookiej na przywitanie.
- Masz wszystkie rzeczy? - Raby wolała się upewnić.
- Oczywiście. Są w bagażniku. A teraz wejdźcie. Pojedziemy sobie! - Stacey zasiadła z przodu, tuż obok swojego chłopaka. Tryskała radością.
- Hej Matt - Bonnie wpakowała się do samochodu bezproblemowo.
- Jestem Ethan - męski głos odkaszlnął, najprawdopodobniej właściciel był zirytowany - w każdym razie, miłej podróży.
- Ethan, bardzo.. eh - czarnowłosa nie dopowiedziała. Sama do końca nie mogła wymyślić co sądzić o całej sytuacji. Mężczyzna nie pasował jej na tym wypadzie, ale ktoś jednak musiał siedzieć za kółkiem. Starała się dopatrzeć jakichś szczegółów w jego twarzy, ale nawet jej samej nie widziała zbyt dobrze. Jedyne czego była pewna to tego, że miał on gęste, czarne włosy postawione do góry i złoty zegarek na prawym nadgarstku. W samochodzie panował drażniący i duszący wiśniowy zapach California Scents, a w głośnikach wył Pearl Jam. Nie było żadnych wątpliwości, że to raj dla Ariany Stacey.
- Miała być dzisiaj ładna pogoda.. - burknęła Bonnie wpatrując się w ciemne chmury na horyzoncie. Została jednak szybko uciszona przez Ethana, widoczniej muzyka była ważniejsza.
Jak na zawołanie usłyszeli grzmot, a tuż za nim niesamowicie gwałtowny deszcz. Burza szybko stała się głośniejsza niż muzyka, na co kierowca nic nie mógł poradzić.
- Ale popie--
- Nie bluźnij kochanie! - Ariana przerwała Raby głośne wyrażanie opinii. Starała się uformować przyjazną atmosferę w aucie.
- Spójrzcie, jakaś osóbka tak moknie i moknie. Biedna - powiedziała nagle, poprawiając rąbek sukienki.
- To autostopowicz. A raczej autostopowiczka.. - skomentowała Raby bez większego zainteresowania.
- Mamy jeszcze jedno miejsce, prawda? - Zareagował Ethan, gdy tylko usłyszał o płci pięknej.
- Pewnie jest brzydka - Ariana stęknęła.
Mężczyzna zatrzymał auto tuż przy drobnej blondynce. Była cała przemoczona, włącznie ze skórzaną kurtką. Wyglądała na naprawdę zdziwioną, że ktokolwiek się zatrzymał.
- Gdzie chcesz jechać kociaku? - Zapytał Ethan ignorując wcześniejsze plany.
- Cóż.. zamierzałam do miasta, ale wszystko mi jedno - odpowiedziała drżącym głosem.
- Masz rację, miasto to najodpowiedniejsze miejsce. W końcu nasze plany i tak nie wypalą przez pogodę. Prawda dziewczynki? - Powiedział najmilszym tonem, jaki tylko mógł wykrzesać z krtani.
- Wsiadaj - dodał po chwili. Blondynka szarpnęła za tylne drzwi, siadając tuż za Arianą.
Ethan automatycznie po zamknięciu drzwi ruszył w odwrotnym kierunku.
Ariana gryzła się w wargę za każdym razem, gdy słyszała przesłodzone teksty Ethana. W końcu wybuchła.
- Co Ty sobie wyobrażasz do cholery!? Dlaczego rozporządzasz naszym czasem? Zgodziłeś się na to! - Walnęła pięścią w tapicerkę.
- Uważaj sobie, jeszcze coś zniszczysz - odpowiedział całkiem spokojnie.
- Wiesz co..
Arianie zabrakło tchu. Zapowietrzyła się, jednak jej wielki powrót był głośny. Zawyła głośno i żałośnie. Odetchnęła licząc do dziesięciu jednak złość nie przechodziła. Wypełniała całe jej ciało. Złapała za odświeżacz California Scents i rzuciła nim wprost w nic nie spodziewającego się kierowce.
- Uspokój się! - Krzyknęła czarnowłosa, łącząc błaganie ze złością. Nic to nie dało.
Ethan stracił panowanie nad pojazdem, uderzając w coś naprawdę masywnego.
Potem była tylko ciemność w parze z bólem.
...
Irytujący, regularny dźwięk w głowie. Nie przestawał jej męczyć od wielu długich godzin. A może trwało to dłużej? Ona sama straciła rachubę. To urządzenia do których była podpięta. Czuła, że nie może nic zrobić. Tak faktycznie było. Ciało jej nie słuchało, choćby w najmniejszym stopniu. Mimo, że pozbawiona była praktycznie wszystkiego, co ludzkie to nadal pozostawała jej świadomość.. i słuch. Nie był doskonały, czuła często jakby była pod wodą, a gdy próbowała bardziej się wsłuchać w rozmowy kończyło się to ostrym bólem. Jednak nic innego nie miała do roboty.
Nagle ktoś wszedł do jej pokoju. Gdyby miała zgadywać to musiał być mężczyzna o spokojnym oddechu, raczej wyższy. Wszedł ktoś jeszcze, prawdopodobnie kobieta.
- Bonnie Hurricane, po wypadku. Razem z tą czwórką. Marie, sprawdź to - odezwał się męski, starszy głos. Przynajmniej w większości miała rację. Zaś Marie to żeńskie imię. Gdyby to był teleturniej, już byłaby bogata.
- Śpiączka od tygodni, były zerowe szanse jednak ona.. regeneruje się? - odpowiedział damski głos.
- Regeneruje się? Co chcesz przez to powiedzieć?
- Proszę spojrzeć na wyniki!
Bonnie dostała nagłego ataku gorąca, czego efektem był obfity pot. Zmarszczyła czoło i otworzyła oczy. Przywitało ją ostre światło i zdziwienie lekarzy.
- Jasna cholera. Halo, Pani Hurricane? - starszy mężczyzna ubrany w biały kitel zaświecił jej mizerną latarką w oko. To było wyjątkowo irytujące.
...
Po niezbędnych - przynajmniej według lekarzy - badaniach było już tylko znacznie przyjemniej. Bonnie mogła usiąść na łóżku i używając młodzieńczego uporu potrafiła zrobić kilka kroków na kulach. Prócz ogromnego zdziwienia na twarzy każdego, kto raczył wejść do jej pokoju nie dowiedziała się niczego. Gdy padało jakiekolwiek pytanie, nikt nie potrafił na nie odpowiedzieć. O ile dobrze liczyła minęły dwa tygodnie. Czternaście dni w pustym pokoju - była zupełnie sama. Przez cały czas liczyła na odwiedziny kogokolwiek, matki, znajomych.. Jej przemyślenia na temat bezsilności przerwał lekarz, który kompletnie się z nią nie licząc otworzył głośno drzwi.
- Dobra, żartownisiu.. Mogłem uwierzyć, że nazywasz się Hurricane jeszcze całkiem niedawno. Ale teraz doszły zatargi z policją.. - zaczął pośpiesznie zatrzymując się tuż przy jej łóżku. To był jej lekarz, ten sam, który jako pierwszy zaświecił jej boleśnie latarką w oczy.
Dziewczyna wzdrygnęła się, że sprawy zaszły aż tak daleko.
- Ale ja nazywam się Hurricane. Moja mama na pewno mnie szuka.. spytajcie się! - Potrząsnęła ramionami.
- Nikt nie szuka dziecka w tym mieście. Nie pasujesz do opisu ani zdjęć zaginionych nikogo z tego kraju. Nie masz nawet potwierdzenia amnestii.
- Rozalia Hurricane, już mówiłam. To moja mama.
- Słuchaj, dziecinko.. nie masz ubezpieczenia, dowodu tożsamości, twierdzisz, że jesteś nieletnia i policja nie może Cię zidentyfikować. Nie możesz tu leżeć do końca życia oczekując, że zapłaci za Ciebie państwo, którego obywatelką nie jesteś!
- Rozalia Hurricane to moja matka! Mój prawny opiekun! Zadzwońcie do niej! - Wrzasnęła. Nagle lekarz odsunął się, jakby wystraszył się nienawistnego ognia w jej oczach. Bonnie wstała z łóżka o własnych siłach co wyprawiło lekarza z równowagi.
- Ciągle powtarzasz to samo. To policja również sprawdziła, nie możesz być jej córką - doktor Winstlet(według plakietki) unikał wzroku dziewczyny interesując się idealnie czystą podłogą.
- Dajcie mi do niej zadzwonić.. - wycedziła przez zęby zdenerwowana. Chciała, żeby brzmiało to choć trochę błagalnie. Z pozycji osoby trzeciej to Bonnie wydawała rozkazy,
- Rozalia Hurricane nie żyje od roku. Popełniła samobójstwo po śmierci swojego męża, nie miała dzieci, nie była nawet niczyim prawnym opiekunem. Wykonanie telefonu może być kłopotliwe.. - mężczyzna wycofał się nerwowo, jednak wystając zza drzwi mruknął jeszcze - masz 24 godziny na podanie nam twojej prawdziwej tożsamości, w tym przypadku czas nie jest twoim sprzymierzeńcem.
Dziewczyna warknęła do niego jak jakieś zwierzę robiąc się aż czerwona ze złości. Wystraszyło to doktora który nieumiejętnie zatrzasnął drzwi.
- Nie żyje.. - powiedziała do siebie próbując cokolwiek przeanalizować. Nagle poczuła silnie piekący ból w głowie. Złapała się za skroń i z przemęczenie opadła na łóżko. Może zbyt szybko postanowiła obciążyć swoje nogi po dość długim wylegiwaniu się.
Nie mogła niczego pojąć. Dlaczego czuła się, jakby ktoś wrzucił ją w inny świat bez ostrzeżenia? Przecież takie rzeczy są niemożliwe. Dzieją się w snach. Z chęcią by się obudziła. Może to po prostu ogromny żart, albo źli ludzie bez konkretnego powodu przetrzymują ją gdzieś wmawiając, że to szpital? Musi odnaleźć mamę. Przecież nie mogła umrzeć rok temu, Bonnie z pewnością by zauważyła.
- Ciuchy.. ciuchy - powiedziała do siebie przeszukując szafkę obok.
Jej plan wydawał się prosty. Skoro rzekomo nie istnieje, to chyba nic się nie stanie, że po prostu ucieknie? Wyjdzie do toalety i ucieknie oknem! Tam przynajmniej są okna.
- Cholera! - Szepnęła, choć dosyć głośno. Z wyjątkiem bielizny, szafka była pusta. Musiała znaleźć zwykłe ciuchy po drodze.
Otworzyła ostrożnie drzwi sprawdzając, czy na korytarzu ktoś jest. Oczywistością było, że odnalazła tam pielęgniarkę przyglądającą się jej ze zdziwieniem.
- Gdzieś się wybierasz? - spytała niezwykle miłym głosem choć Bonnie i tak wyczuła w nim odrobinę fałszywości.
- Chciałam wziąć prysznic, proszę Pani - dziewczyna postanowiła grać w tą samą grę, zwaną uprzejmością.
- Och, możliwe, że o tej godzinie ktoś tam jest, nie wchodź od razu tylko sprawdź lampkę. Drzwi się nie zamykają.
- Oczywiście - powiedziała ruszając w stronę prysznica. Wpadł jej do głowy świetny pomysł.
Lampa była zaświecona na "zajęte", więc Bonnie bez zastanowienia otworzyła drzwi. Ktoś był w trakcie prysznica. Woda głośno uderzała o płytki. Hurricane jedną ręką złapała wszystko co znalazła na parapecie. Ścisnęła ciuchy pod pachą i ostatkiem sił wyciągnęła tenisówki na brzegu. Starała się zamknąć drzwi jeszcze ostrożniej, niż je otworzyła. Dla hałaśliwej i niezdarnej nastolatki taka próba ostrożności i ciszy wydawała się porównywalna do zmiażdżenia orzecha brwią. Raczej ciężkie.
To już było tylko czyste szczęście, że udało jej się z ubraniami przebiec do toalety bez wzbudzania podejrzeń. Dopiero w kabinie przyjrzała się temu, co tak naprawdę zdobyła. Spodnie, jeansy, trochę za duże. Podwinęła w nich nogawki i wydawały się w sam raz. Koszulka w niebieskie paski również była nieco za duża, ale dziewczyna schowała je pod spodniami. Założyła tylko tenisówki z niemałym obrzydzeniem, znów były za duże - o rozmiar. Życie jednak nie dało jej wyboru. Po przebraniu się wyszła z kabiny przeczesując kręcone, brązowe włosy. Nie wyglądała tragicznie, ktoś mógłby pomyśleć, że miała po prostu oryginalny styl.
W końcu wyjrzała za okno. To było na oko trzecie piętro. Nie uda jej się przedostać na sam dół bez szwanku. W razie zagrożenia była przecież blisko szpitala! To było zerowe ryzyko!
Usłyszała krzyki na korytarzu. Przykleiła z ciekawością ucho do plastikowych drzwi.
- Ta nieznana dziewczyna zniknęła! Przeszukać oddział!
Bonnie przełknęła ślinkę..
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz