Mestama przetarł jej czoło zimną, mokrą szmatką. Dostawała dreszczy z każdym dotykiem dziecka. Było w nim coś przerażającego, choć on sam zachowywał się spokojnie. Spełniał wszystkie polecenia Zegara bez choćby mrugnięcia okiem.
Założyła na siebie kremowy koc i wstała z fotela.
— Raby, jesteś gotowa żeby to... spisać? — Scott uśmiechnął się do niej nieporadnie upuszczając kawałki papieru z ręki. Raby zmierzyła go srogim spojrzeniem. Był fajtłapą, choć jego wygląd kompletnie na to nie wskazywał. Czuła się przy nim trochę jak przy Bonnie, osobie niepełnej rozumu, choć uroczej.
— Nie wiem czy w tym stanie będę mogła cokolwiek napisać. Może sam mógłbyś zanotować to co powiem? — Jęknęła tuląc się do koca.
— Ja mogę to zrobić — powiedział Aaron, który wtargnął do pomieszczenia. Podniósł kartki z podłogi, chwycił za pióro i przysiadł przy drewnianym stoliku z karmazynowym kloszem od lampy. Mruknął coś tylko do Scotta porozumiewawczo.
— A więc ja będę pytał, jako, że coś takiego już przeżyłem, a Aaron będzie starał się jak najlepiej oddać to na papierze. Tak? — Scott mruknął łagodnie, co podziałało kojąco na jej uszy. Krzyki Aarona w niczym by jej nie pomogły.
— Zamknij oczy Raby — pozwoliła, aby głos Scotta ją prowadził. — Jakie było pierwsze uczucie?
— Chłód — odpowiedziała bez zastanowienia. Jej słowa, jak magiczne zaklęcia sprawiły, że znowu poczuła to co wcześniej — chłód i niepokój. Krew i... ból.
Aaron wydawał się zapisywać o wiele więcej słów niż wypowiadała.
— Gdzie byłaś najpierw?
— To było... jakby klif. Widziałam tam siebie. Byłam na wpół martwa. — Znów przeszedł ją okrutny dreszcz. Otworzyła na chwilę oczy, ażeby upewnić się, że znajduje się ciągle w pokoju, a nie w tej okrutnej wizji. Zamknęła je na kolejne pytanie Scotta.
— Jak myślisz, ile wtedy mogłaś mieć lat?
— Wyglądałam podobnie choć... miałam nieco dłuższe włosy. — Uśmiechnęła się głupkowato.
— Dłuższe włosy? — Wyrwał się Aaron. — Niby jak mam to zapisać? To ma być wyznacznik wieku?
— O ile dłuższe były? — Scott zignorował dziedzica Hellionu i pytał dalej. Był wyjątkowo zaciekły w swoich pytaniach.
— Myślę, że to mogły być góra cztery lata. — Jej głos zadrżał, gdy zdała sobie sprawę, co to oznacza.
— Może je obcięła — mruknął Aaron z nadzieją.
— Mów dalej, opisz siebie najlepiej jak potrafisz — Scott rozsiadł się na fotelu nieopodal dziewczyny.
— Byłam... ja... jakbym wszystko straciła, jakby na niczym mi już nie zależało.
— Co było dalej?
— Nic konkretnego. Upadłam na ziemię i... — Raby przerwała otwierając gwałtownie oczy.
— To koniec wizji, prawda? — Aaron westchnął głośno ściskając kartkę w dłoni.
— Potem widziałam Aarona.
— Co? — Powiedzieli obaj mrużąc brwi.
— A raczej...
— Konkretnie. — Czarnowłosy się wyrwał, a z jego czoła poleciała kropla potu. Wyjątkowo zirytował go fakt, że ktoś inny prócz niego ujrzał jego przyszłość. To z pewnością była sprawka Zegara. Choć teoretycznie... tylko Raby miała wpływ na swoją wizję przyszłości.
— Trafił go kawałek lodu.
— To niedorzeczne. — Jęknął — tego nie muszę zapisywać. Mój ojciec nie musi tego wiedzieć. To nie ma związku ze sprawą.
— Zapisuj wszystko — powiedział spokojnie Scott.
— Aaron, umarłeś. Znaczy, to wyglądało, jakbyś...umarł... — Raby wbiła zimny wzrok w podłogę. — Co jeśli naprawdę umarłeś? Dlaczego to widziałam?
— Jeśli szukasz opinii specjalisty, to chyba żadnego nie ma w tym pokoju — Aaron jęknął kierując swój nienawistny wzrok w kierunku Scotta — Moja śmierć nie nastąpi tak szybko, jestem w końcu nieśmiertelny.
— Na każdego jest sposób — Scott uśmiechnął się. W jego ustach te słowa brzmiały jak żart, choć doskonale wiedział, jak prawdziwe były. — Kontynuuj, Raby. Z pewnością było coś jeszcze.
— Znów stałam na tym samym klifie. Wyglądałam tak samo jak za pierwszym razem, tylko nie miałam żadnych ran na ciele. — Dziewczyna odgarnęła włosy za ucho i utkwiła wzrok w podłodze próbując przypomnieć sobie szczegóły. — Przytulała mnie jakaś kobieta... Dziewczyna!
— Słucham? — Aaron zawahał się.
— Była bardziej jak dziecko, jak... nastolatka.
— Znasz ją? — Dociekliwe pytania Scotta wywiercały jej bolesną dziurę w głowie.
— Wydaje mi się... Nie. Nie znam jej. Zresztą. Słabo to widziałam...
— To trzy wizje, wszystkie. Twoja śmierć, śmierć Aarona. Dużo tych śmierci — Blondyn zaśmiał się wyliczając wszystko na palcach. Nagle podniósł jeden do góry. — Ta dziewczyna! Co mogła oznaczać?
— Miłość jej życia — uśmiechnął się Aaron.
— Sugerujesz, że jest lesbijką? — Scott roześmiał się teatralnie, mierząc Aarona ciekawskim spojrzeniem.
Czarnowłosa stanęła na wychudzone nogi poprawiając koc na plecach. Odepchnęła się od fotela i skoczyła do Aarona, wyciągając mu kartkę z ręki.
— Było coś jeszcze. — Westchnęła, opierając się o wystający parapet. — Jednak w życiu nie pozwolę, żeby dowiedział się o tym Mochia. Czy ktokolwiek inny prócz was.
— Przecież on wszystko mu powie — blondyn westchnął. — Poza tym, czwarta wizja?
— Sugerujesz, że nie wyśpiewasz wszystkiego Zakonowi? — Aaron zaśmiał się łobuzersko. — Raby, nie bądź naiwna.
— To nic nadzwyczajnego, po prostu osobistego... — Brunetka wywróciła oczami. Była mistrzynią kłamstwa. Wzrok obu mężczyzn tylko to potwierdzał. — Chciałabym porozmawiać o tym z Zegarem.
— Z Zegarem? — Scott wytrzeszczył oczy ze zdziwienia. — Skoro tego chcesz.
— Jesteś pewna, że to nie pomoże... no wiesz — czarnowłosy westchnął — w określeniu twojej wartości.. jeśli te informacje mogą pomóc to...
— Jestem pewna. Aaron, po prostu wyślij to swojemu ojcu. Dobrze?
— Jak sobie życzysz.
...
Zegar leżał w wygodnym fotelu. Wyglądał, jakby spał, choć doskonale wiedziała, że czuwa. Otworzył oczy i zerknął na nią. Jakby wiedział, że ona przyjdzie po radę.
Podeszła do niego opierając się o ścianę.
— O co chodzi? — Poprawił się i choć wymagało to wiele wysiłku wyciśniętego z jego kruchego ciała, to wyprostował się i nasłuchiwał. Jakby był jej bliski i wiedział, że to dla niej ważne.
— Wiesz o co chcę zapytać?
— Zawsze pytacie o to samo. Czy to, co ujrzeliście to prawda. W pewnym sensie prawda, o ile nie będziecie chcieli temu zapobiec.
— To znaczy... — wyrwała się — że da się temu zapobiec?
— Rzadko się to zdarza.
— Ale zdarza — uśmiech mimowolnie wpełzł na jej usta. — Moja ostatnia wizja, dotyczyła...
— Doskonale wiem, czego dotyczyła. Nie miej mnie za głupca. Wiem też doskonale o co chcesz zapytać.
— Więc odpowiesz mi?
— Nie wiem ile żywiołów będziesz kontrolować. Wiesz to tylko ty sama — uśmiechnął się tajemniczo.
— Ale ja nie wiem tego.. nie wiem ile, nie wiem nawet czy jakikolwiek. W mojej wizji...
— Żadna wizja nie dotyczyła twojej mocy. Ta ostatnia również nie.
— Zdaje sobie z tego sprawę. — Raby osunęła się po plecach na podłogę, aż do pozycji siedzącej. Załamała twarz w dłoniach.
— Wątpisz w twój żywioł? — Zapytał po długiej ciszy.
— Słyszałam, że to powietrze. Ulleyele mówiła mi, że to niemożliwe, żeby kontrolować więcej niż jeden... nie wiem w co wierzyć. — Dziewczyna złapała się za brzuch. Znów poczuła piekący ból. Przedostawał się do skóry na plecach, promieniował po kościach.
— Nic nie jest niemożliwe w tym świecie. Twoje istnienie jest tego przykładem.
Jęknęła z bólu. Próbowała rękami dosięgnąć końca swych pleców. Nie była w stanie. Z jej oczu pociekły zimne łzy. Zagryzła wargę i spojrzała błagalnie na Zegar.
— Twój żywioł się jeszcze nie objawił. Za to coś innego próbuje wypełznąć...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz