17 maj 2016

14. Pożar wnętrzności [cz.2]

Mestama przetarł jej czoło zimną, mokrą szmatką. Dostawała dreszczy z każdym dotykiem dziecka. Było w nim coś przerażającego, choć on sam zachowywał się spokojnie. Spełniał wszystkie polecenia Zegara bez choćby mrugnięcia okiem. 
Założyła na siebie kremowy koc i wstała z fotela.
 — Raby, jesteś gotowa żeby to... spisać? — Scott uśmiechnął się do niej nieporadnie upuszczając kawałki papieru z ręki. Raby zmierzyła go srogim spojrzeniem. Był fajtłapą, choć jego wygląd kompletnie na to nie wskazywał. Czuła się przy nim trochę jak przy Bonnie, osobie niepełnej rozumu, choć uroczej. 
 — Nie wiem czy w tym stanie będę mogła cokolwiek napisać. Może sam mógłbyś zanotować to co powiem? — Jęknęła tuląc się do koca.  
 — Ja mogę to zrobić — powiedział Aaron, który wtargnął do pomieszczenia. Podniósł kartki z podłogi, chwycił za pióro i przysiadł przy drewnianym stoliku z karmazynowym kloszem od lampy. Mruknął coś tylko do Scotta porozumiewawczo. 
 — A więc ja będę pytał, jako, że coś takiego już przeżyłem, a Aaron będzie starał się jak najlepiej oddać to na papierze. Tak? — Scott mruknął łagodnie, co podziałało kojąco na jej uszy. Krzyki Aarona w niczym by jej nie pomogły. 
 — Zamknij oczy Raby — pozwoliła, aby głos Scotta ją prowadził. — Jakie było pierwsze uczucie?
 — Chłód — odpowiedziała bez zastanowienia. Jej słowa, jak magiczne zaklęcia sprawiły, że znowu poczuła to co wcześniej — chłód i niepokój. Krew i... ból.
Aaron wydawał się zapisywać o wiele więcej słów niż wypowiadała. 
 — Gdzie byłaś najpierw? 
 — To było... jakby klif. Widziałam tam siebie. Byłam na wpół martwa. — Znów przeszedł ją okrutny dreszcz. Otworzyła na chwilę oczy, ażeby upewnić się, że znajduje się ciągle w pokoju, a nie w tej okrutnej wizji. Zamknęła je na kolejne pytanie Scotta.
 — Jak myślisz, ile wtedy mogłaś mieć lat?
 — Wyglądałam podobnie choć... miałam nieco dłuższe włosy. — Uśmiechnęła się głupkowato.
 — Dłuższe włosy? — Wyrwał się Aaron. — Niby jak mam to zapisać? To ma być wyznacznik wieku?
 — O ile dłuższe były? — Scott zignorował dziedzica Hellionu i pytał dalej. Był wyjątkowo zaciekły w swoich pytaniach.
 — Myślę, że to mogły być góra cztery lata. — Jej głos zadrżał, gdy zdała sobie sprawę, co to oznacza.
 — Może je obcięła — mruknął Aaron z nadzieją. 
 — Mów dalej, opisz siebie najlepiej jak potrafisz — Scott rozsiadł się na fotelu nieopodal dziewczyny. 
 — Byłam... ja... jakbym wszystko straciła, jakby na niczym mi już nie zależało. 
 — Co było dalej?
 — Nic konkretnego. Upadłam na ziemię i... — Raby przerwała otwierając gwałtownie oczy.
 — To koniec wizji, prawda? — Aaron westchnął głośno ściskając kartkę w dłoni. 
 — Potem widziałam Aarona.
 — Co? — Powiedzieli obaj mrużąc brwi. 
 — A raczej...
 — Konkretnie. — Czarnowłosy się wyrwał, a z jego czoła poleciała kropla potu. Wyjątkowo zirytował go fakt, że ktoś inny prócz niego ujrzał jego przyszłość. To z pewnością była sprawka Zegara. Choć teoretycznie... tylko Raby miała wpływ na swoją wizję przyszłości.
 — Trafił go kawałek lodu.
 — To niedorzeczne. — Jęknął — tego nie muszę zapisywać. Mój ojciec nie musi tego wiedzieć. To nie ma związku ze sprawą.
 — Zapisuj wszystko — powiedział spokojnie Scott.
 — Aaron, umarłeś. Znaczy, to wyglądało, jakbyś...umarł... — Raby wbiła zimny wzrok w podłogę. — Co jeśli naprawdę umarłeś? Dlaczego to widziałam? 
 — Jeśli szukasz opinii specjalisty, to chyba żadnego nie ma w tym pokoju — Aaron jęknął kierując swój nienawistny wzrok w kierunku Scotta — Moja śmierć nie nastąpi tak szybko, jestem w końcu nieśmiertelny. 
 — Na każdego jest sposób — Scott uśmiechnął się. W jego ustach te słowa brzmiały jak żart, choć doskonale wiedział, jak prawdziwe były. — Kontynuuj, Raby. Z pewnością było coś jeszcze.
 — Znów stałam na tym samym klifie. Wyglądałam tak samo jak za pierwszym razem, tylko nie miałam żadnych ran na ciele. — Dziewczyna odgarnęła włosy za ucho i utkwiła wzrok w podłodze próbując przypomnieć sobie szczegóły. — Przytulała mnie jakaś kobieta... Dziewczyna! 
 — Słucham? — Aaron zawahał się.
 — Była bardziej jak dziecko, jak... nastolatka.
 — Znasz ją? — Dociekliwe pytania Scotta wywiercały jej bolesną dziurę w głowie.
 — Wydaje mi się... Nie. Nie znam jej. Zresztą. Słabo to widziałam... 
 — To trzy wizje, wszystkie. Twoja śmierć, śmierć Aarona. Dużo tych śmierci — Blondyn zaśmiał się wyliczając wszystko na palcach. Nagle podniósł jeden do góry. — Ta dziewczyna! Co mogła oznaczać? 
 — Miłość jej życia — uśmiechnął się Aaron.
 — Sugerujesz, że jest lesbijką? — Scott roześmiał się teatralnie, mierząc Aarona ciekawskim spojrzeniem.
Czarnowłosa stanęła na wychudzone nogi poprawiając koc na plecach. Odepchnęła się od fotela i skoczyła do Aarona, wyciągając mu kartkę z ręki.
 — Było coś jeszcze. — Westchnęła, opierając się o wystający parapet. — Jednak w życiu nie pozwolę, żeby dowiedział się o tym Mochia. Czy ktokolwiek inny prócz was.
 — Przecież on wszystko mu powie — blondyn westchnął. — Poza tym, czwarta wizja? 
 — Sugerujesz, że nie wyśpiewasz wszystkiego Zakonowi? — Aaron zaśmiał się łobuzersko. — Raby, nie bądź naiwna.
 — To nic nadzwyczajnego, po prostu osobistego... — Brunetka wywróciła oczami. Była mistrzynią kłamstwa. Wzrok obu mężczyzn tylko to potwierdzał. — Chciałabym porozmawiać o tym z Zegarem.
 — Z Zegarem? — Scott wytrzeszczył oczy ze zdziwienia. — Skoro tego chcesz. 
 — Jesteś pewna, że to nie pomoże... no wiesz — czarnowłosy westchnął — w określeniu twojej wartości.. jeśli te informacje mogą pomóc to...
 — Jestem pewna. Aaron, po prostu wyślij to swojemu ojcu. Dobrze? 
 — Jak sobie życzysz. 

...

Zegar leżał w wygodnym fotelu. Wyglądał, jakby spał, choć doskonale wiedziała, że czuwa. Otworzył oczy i zerknął na nią. Jakby wiedział, że ona przyjdzie po radę.
Podeszła do niego opierając się o ścianę.
 — O co chodzi? — Poprawił się i choć wymagało to wiele wysiłku wyciśniętego z jego kruchego ciała, to wyprostował się i nasłuchiwał. Jakby był jej bliski i wiedział, że to dla niej ważne.
 — Wiesz o co chcę zapytać?
 — Zawsze pytacie o to samo. Czy to, co ujrzeliście to prawda. W pewnym sensie prawda, o ile nie będziecie chcieli temu zapobiec.
 — To znaczy... — wyrwała się — że da się temu zapobiec?
 — Rzadko się to zdarza.
 — Ale zdarza — uśmiech mimowolnie wpełzł na jej usta. — Moja ostatnia wizja, dotyczyła...
 — Doskonale wiem, czego dotyczyła. Nie miej mnie za głupca. Wiem też doskonale o co chcesz zapytać.
 — Więc odpowiesz mi?
 — Nie wiem ile żywiołów będziesz kontrolować. Wiesz to tylko ty sama — uśmiechnął się tajemniczo.
 — Ale ja nie wiem tego.. nie wiem ile, nie wiem nawet czy jakikolwiek. W mojej wizji...
 — Żadna wizja nie dotyczyła twojej mocy. Ta ostatnia również nie.
 — Zdaje sobie z tego sprawę. — Raby osunęła się po plecach na podłogę, aż do pozycji siedzącej. Załamała twarz w dłoniach.
 — Wątpisz w twój żywioł? — Zapytał po długiej ciszy.
 — Słyszałam, że to powietrze. Ulleyele mówiła mi, że to niemożliwe, żeby kontrolować więcej niż jeden... nie wiem w co wierzyć. — Dziewczyna złapała się za brzuch. Znów poczuła piekący ból. Przedostawał się do skóry na plecach, promieniował po kościach.
 — Nic nie jest niemożliwe w tym świecie. Twoje istnienie jest tego przykładem.
Jęknęła z bólu. Próbowała rękami dosięgnąć końca swych pleców. Nie była w stanie. Z jej oczu pociekły zimne łzy. Zagryzła wargę i spojrzała błagalnie na Zegar.
 — Twój żywioł się jeszcze nie objawił. Za to coś innego próbuje wypełznąć... 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz