31 sie 2016

17. Dla bezpieczeństwa

Benetty uniósł głowę wysoko, spoglądając w niebo. Robiło się purpurowe, powoli ukrywając słońce za horyzontem.
 — W Zakonie ledwo nastał świt — jęknął wychodząc ze zbiornika wodnego w czyimś ogródku. Potrząsnął głową, pozbywając się nadmiaru wody we włosach.
Rozejrzał się baczniej. Ogród wydawał się sporawy, jednak zaniedbany. Między resztkami kwiatów ujrzał chwasty sięgające mu niemal kolana. Jednak oprócz tego nie było tutaj kompletnie nic. Ani Raby, ani Ademara.
Postanowił wrócić do zbiornika i zanurzyć głowę w poszukiwaniu przyjaciół.
 — Świat ludzki jest aż taki zły, Scott? — Usłyszał tuż za sobą.
Natychmiastowo wyciągnął głowę z wody i wstał na równe nogi. Odwracając się zauważył twarz jakiejś dziewczyny. Niezbyt wysokiej, ubranej w ciemne spodnie i bordową skórzaną kurtkę. Miała ciężkie buty na nogach i ciężki miecz w rękach.
 — Czym ty jesteś? — Wyjąkał poirytowany.
 — Jestem twoim aniołem stróżem.
 — Więc czemu trzymasz mój miecz? — Warknął podchodząc do niej. Z jego ciała ściekała ciężka woda, która wydobywała z siebie zgniły zapach.
 — Po prostu go zgubiłeś — zaśmiała się szelmowsko podając mu broń.
Poprawiła włosy zakładając je za ucho, były krótkie. Blondyn zmieszał się kompletnie.
 — Musiałeś akurat dzisiaj? Miałam coś do zrobienia — jęknęła w ten sam sposób, co blondyn.
 — Miałaś cholerny spokój przez te wszystkie lata! Zresztą, ja do niczego cię nie zmuszałem, chcesz, to wracaj! — Wskazał ręką zbiornik wodny.
Dziewczyna spojrzała na niego jak na kompletnego kretyna. Zaśmiała się głośno, co prawie sprowadziło blondyna do parteru jego wytrzymałości. Odwróciła się do niego plecami.
 — Idziesz do tej swojej zguby, czy nie? Czeka na ciebie parę dobrych godzin.
Scott był zdolny jedynie przetrzeć mokre czoło i ruszyć za dziewczyną. W nienaturalnej jak na niego ciszy.

xxxxx

Raby rozsiadła się w fotelu, a raczej jego resztkach. Gdy ostatni raz była w tym domu, nie wyglądał on wcale, a wcale lepiej. Spotkała tu Aarona i Ulleyele. Reszta rodzeństwa również się pojawiła. Dlaczego więc nie ma ich tu teraz?
 — Wiedziałem, że to zły pomysł. Ale złoty książę zaufał ci po jednym słowie - Ademar prychnął - naiwniak.
Raby zdawała sobie z tego sprawę. Scott ufał jej bardziej niż powinien. Ruszył skakać z klifu po jednym jej słowie. Jednak ona nie chciała go przecież wykorzystać. Chciała wrócić do przyjaciółek. Była niemal pewna, że są w tym domu. A przynajmniej gdzieś w pobliżu.
 — Ariana nie oddaliłaby się zbyt daleko od tego miasta — zaczęła z nim rozmowę.
 — To jedna z tych żywiołaków? Dajże spokój.
 — Mówię prawdę. Jest zbyt rozsądna w porównaniu do... reszty.
 — Do tych dwóch panienek. Skoro mamy tyle czasu, możesz mi o nich nieco opowiedzieć.
Raby westchnęła ciężko, jak gdyby musiała głęboko wdrapywać się w zakamarki szkolnych wspomnień.
 — Bonnie jest wulkanem energii, a Shell jej przeciwieństwem. Ariana jest sprytna i inteligenta. Przyjaźniła się ze mną na początku głównie dlatego, że tylko ja miałam ją za dobrą osobę znając jej wybryki. A Bonnie była ze mną ciągle, więc w końcu Ariana się do niej przyzwyczaiła. Trwało to kilka lat, aż zdążyłyśmy się ze sobą zżyć całkowicie — Raby wlepiła wzrok w ścianę. — We trójkę byłyśmy nierozłączne.
 — We trójkę? — Ademar rozszerzył oczy w zdziwieniu.
 — Shel poznaliśmy w dniu, w którym przestaliśmy być ludźmi. Spędziłam z nią wiele czasu w tym opuszczonym domu, próbując zrozumieć dlaczego świat o nas zapomniał.
 — To zbliża człowieka — Ademar przemknął do resztek parapetu wpatrując się w poniszczony balkon, ogródek i wszystko co za nim.
 — Niektórzy mają nawyk zbliżać się aż za bardzo.
 — Scott — Ademar krzyknął ni to entuzjastycznie, ni to melancholijnie. Bez wyrazu.
 — Tak — westchnęła — on szczególnie.
 — Nie — mężczyzna spojrzał na nią niezrozumiale — Scott nadchodzi z Amirą.
Nim zdążyła skierować wzrok na drzwi balkonowe, stała już w nich ciemna blondynka. Tuż za nią napatoczył się mokry Scott.
 — Śmierdzisz — Ademar skomentował go jednym słowem i usiadł na krześle. Posłał uśmiech Amirze, jednak ona nawet tego nie zauważyła. 
 — Idź do łazienki, jest tam woda — Raby zatkała nos.
 — Jak to się stało, że trafiłem do cholernego stawu, a wy do tego mieszkania? 
 — Jak to się stało, że w tej ruinie jest woda? — Ademar pokręcił wodą.
 Amira przysiadła na krawędź fotela, czochrając włosy Glasser.
 — To ten nasz wyjątkowy skarbek? — Uśmiechnęła się szeroko, co Raby zignorowała. Nie chciała wdawać się w dyskusje z kolejnym aniołem. Nie przepadała za nimi.
Scott posłusznie skierował się do łazienki w celu higienicznym. Pozostała trójka została w pokoju, rozsiewając ciszę wokół.
 — Amira — zaczął Ademar, poprawiając brodę. — Z tego co wiem, anioły potrafią wyczuwać inne anioły. 
 — Jest ich w tym świecie więcej, niż moglibyście przypuszczać — odpowiedziała na jednym tchu posyłając mu znudzone spojrzenie. 
 — A co jeśli to dzieci Eteru? — Ademar nie dawał za wygraną.
 — Jestem tu tylko po to, żeby zobaczyć się ze Scottem. Nie będę was niańczyć. 
 — Scott idzie z nami — Raby odezwała się wstając z fotela. 
 — No już dobrze, dobrze — krótkowłosa stanęła naprzeciwko Raby z ciekawskim uśmieszkiem — ale co z tego będę miała? 
 — Nie znam się na aniołach zbyt dobrze. Czego od nas oczekujesz? 
 — Jest wiele takich rzeczy. 
Scott wyszedł z łazienki całkiem niespodziewanie. Był pozbawiony koszulki i podobnie jak wcześniej, ściekała z niego woda. Włosy nachodziły mu na oczy, co sprawiło, że wyglądał jak bezbronny szczeniak. Gdyby nie jego mina. Zupełnie do niego niepodobna, pełna wrogości.
 — Ona przyszła tutaj tylko po to, żeby ktoś naładował ją energią — warknął blondyn, podpierając się o futrynę. 
 — W rzeczy samej, byłoby to przydatne — Amira wyminęła Raby, kierując się do mężczyzny. Wystawiła się nawet, będąc gotową na swoją energię.
 — Nic przez całe swoje życie nie musiałaś dla mnie robić, a teraz łasisz się, bo chwilowo przebywam w świecie ludzi? 
 — Jeśli mnie nie naładujesz, to uwierz, będziesz w tym świecie nieco dłużej. 
 — Szantażujesz mnie? 
 — Nie wyczuję energii — odchrząknęła teatralnie — dzieci eteru bez naładowania. Na szczęście nie jesteś jedynym wyjściem — uniosła brew spoglądając na Raby.
 — Sugerujesz, że... — Scott spojrzał na Amirę z jeszcze większą nienawiścią niż wcześniej. Raby wydawało się, że Scott nawet nie jest zdolny do tak mrocznego uczucia.
 — Podobno — znów odchrząknęła teatralnie — żywiołaki mogą podarować swoją energię wszystkim aniołom. Mają jej tak dużo, że z pewnością starczy. 
 Raby natychmiastowo przypomniała sobie sytuację z Aaronem. Nie przekazała mu wiele energii, jednak wystarczająco dużo, ażeby się zregenerował. To niemal ją wykończyło. Czuła wtedy, że ledwo może ustać na nogach. Tym razem miało być podobnie? Przełknęła ślinkę.
 — Dzieciaki, decydujcie się na coś. Trzeba znaleźć resztę, a nie możemy być tu za długo — Ademar odezwał się w końcu po najdłuższej chwili ciszy, jaką spędził w towarzystwie Scotta.
 — Zrobię to raz i tylko raz — Blondyn wpił wzrok w podłogę. 
 — Czekam — Amira jęknęła ochoczo. 
 — Nie tutaj — spojrzał na Raby niczym zbity szczeniak. — Chodź do pokoju.
Złapał dziewczynę mocno pod bok i siłą wyprowadził ją z pokoju. 
Amira stanęła przy oknie, przez które do pokoju dostawało się światło. Było marne, wydostające się z lampy na ulicy. Blondyn nadal stał przy drzwiach wpatrując się w jej cień. 
 — Łatwo zakochać się w żywiołaku —  zaczęła z ognikami w oczach — nie dziwię ci się. 
 — Przestań — podszedł do niej zakrywając twarz w dłoni — zacznijmy lepiej.
Dziewczyna pocałowała go delikatnie, obejmując dłońmi jego kark. Poddał jej się, pozwalał robić, co tylko zechciała. Pierwszy raz poczuł jak energia uchodzi z jego ciała. Złączeni byli w migocącym uścisku, w łunie, która otaczała ich jasnopomarańczową aurą. Wirowała wokół ich ciał. Amira z każdym dotykiem jego warg stawała się coraz bardziej zachłanna, przeistaczając pocałunek w bardziej namiętny, pasjonujący. Oparła się o parapet całym ciałem, ciągnąc go za sobą.
 — Chcę więcej —  wymamrotała.
 — Więcej? —  Zmarszczył brwi, gdy próbowała rozpiąć mu spodnie.
 — Więcej.

xxxxx

Aaron podążał korytarzem z kamienną miną. Siła jego korków zdradzała jednak, że nie był on w najlepszym humorze. Naumyślnie ignorował brata, który starał się dotrzymać mu kroku.
 — Czego chcesz? —  Warknął do niego nagle, nie zatrzymując się.
 — Sabaceye o ciebie pytała — Nefrytowi wpełzł na usta nieprzyjemny uśmieszek. 
 — Sabaceye? — Zatrzymał się nagle. —  Co tu robiła?
 — To w końcu jej dom — Nefryt wzruszył ramionami — nasza siostra. 
 — Siostra — prychnął, znów ruszając. 
 — Choć niektórych łączą z nią inne relacje, niż siostrzane.
 Aaron zignorował jego słowa. Nie zamierzał zaprzątać sobie głowy paplaniem brata. Od jakiegoś czasu w końcu przestał go szanować.
Dotarli do drzwi wielkiej sali, w której miał czekać ich ojciec. Na kamiennym tronie, na którym zawsze można go było znaleźć, tym razem czekał ktoś inny. Ruda, blada i krucha istota ze znudzoną miną. 
 — Sabaceye — jęknął cicho Aaron.
 — Co za niespodzianka — wtórował mu Nefryt. 
 — Co tu robisz?
Dziewczyna jednak nie odpowiedziała od razu. Pierw przyjrzała się starszemu bratu od stóp do głów. Nie zmienił się ani trochę. No może poza tym, że był nieco bledszy niż zwykle.
 — Poznałeś tego żywiołaka? Jaki jest? — Zapytała słodko i niewinnie, trzepocząc rzęsami.
 — To kobieta — odpowiedział lakonicznie.
 — Bardzo ładna zresztą — dopowiedział Nefryt — ojca tu nie będzie przez długi czas. 
 — Co się stało? — Aaron skierował się bezpośrednio do brata. 
 — Jajo Białej Królowej jest bliskie wyklucia. Wszyscy o tym mówią! Wiesz co to oznacza...
 — Mam przyprowadzić tu żywiołaki dla ich bezpieczeństwa? — Aaron zmarszczył brwi.
 —  Dla naszego bezpieczeństwa! — Warknęła Sabaceye. — Mam nadzieję, że nie jest ładniejsza ode mnie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz