Aaron wydawał się tak jak zwykle. Małomówny, głównie przy Scottcie. Ten drugi zaś uśmiechał się szeroko maszerując przez uliczki Hellionu. Zapamiętała go tak jak ostatnio. Bez najmniejszych zmian, wciąż był tłoczny, głośny i tętniący życiem. Ludzie, anioły i inne istoty maszerowały energicznie wykonując swoje powinności. Nieliczni spoglądali na Aarona z dumą. Widziała też przestraszony wzrok dzieci, który skierowany był w jej stronę. Wszyscy wokół wiedzieli kim była. Wszyscy prócz niej samej.
Aaron nie miał najmniejszej skazy na ciele. W ciągu kilku dni dzięki jej energii wyleczył się cały. Czasem na nią spoglądał, ale nie zaczynał rozmowy. Wyjątkowo jej unikał. Scott zaś wielokrotnie mówił do Raby, jednak bez odzewu. Przynajmniej bez tego koniecznego. Ta cisza zaczęła ją irytować bardziej niż postawa Aarona. Nie mogła jej znieść.
— Gdzie właściwie idziemy? — Jęknęła niby do obu mężczyzn.
— Do zegara — odpowiedzieli obaj chórem. Jeden z uśmiechem, drugi zaś z obojętnością. — To mi zbyt wiele nie mówi.
— To osoba która strzeże wszystkich wspomnień. Kontroluje przeszłość i przyszłość. — Wyrwał się Scott.
— To brzmi... jakby to była potężna osoba.
— Uwierz mi, Raby, nie ma potężniejszej osoby od mojego ojca — jęknął Aaron od niechcenia.
Otworzył jej drzwi i puścił ją przodem wciskając się przed Scottem do pomieszczenia.
Wyglądało jak biblioteka. Wszędzie nieznaczny kurz nad którym trudno było zapanować. Długa lada zachowana w złym stanie. Jakby przeżyła początek świata i jeszcze dłużej. Raby była w stanie w to uwierzyć. Okna przysłonięte ciężkimi kotarami w kolorach karmazynu i brązu. Z kolorowymi, przybrudzonymi frędzlami. Nieznaczne światło przeciskało się przez szpary i odbijało się od zimnych kafelek. Za ladą biblioteczną siedział chłopak, który obudził się za sprawą trzaśnięcia drzwiami.
— Mestama — Aaron odezwał się władczym tonem. Chłopak tylko uniósł łeb i zaświecił żółcią swoich oczu. Raby zlękła się tego widoku. Wyglądał jak demon, który tylko na chwilkę się zdrzemnął, a jakieś dzieciaki przerwały mu ważny sen po długo godzinnej pracy. Pod zlepionymi rzęsami zwisały ciężkie wory pod oczami. Usta były sine, suche i spragnione. Chłopak jednak z groźnej miny zmienił się momentalnie w wystraszone zwierzątko. Spojrzał na Aarona jak najlojalniejszy sługa i przymknął oczy.
— Aaronie, co cię tu sprowadza? — Spytał ze strachem w głosie.
— Zawołaj Zegara.
— Zegar teraz...
— Zawołaj go — przerwał mu i podparł się łokciem o ladę.
Chłopak momentalnie zniknął za pierwszymi drzwiami. Raby postanowiła podejść do Aarona i spojrzeć mu w oczy w taki sposób, ażeby nie mógł odwrócić wzorku, by wypaść z twarzą.
— Po co nam Zegar? — Wpiła w niego wzrok.
— Każdy ma szansę na przepowiedzenie swojej przyszłości — powiedział odwracając się do Scotta, który opierał się o framugę drzwi.
Był przygotowany na każdą okoliczność. Szeroka, brązowa skórzana kurtka, pod którą miał białą, luźną koszulkę. Spodnie były wykonane z nieznanego Raby materiału, aczkolwiek również wydawały się wygodne. Ciężkie buty, nad którymi, na udach wisiała niewielka paczuszka. Blond włosy miał rozwiane przez wcześniejszy wiatr, przez co większość z nich wpadała do zielonych, wiecznie radosnych oczu. Na plecach zwisał mu szeroki, ciężki miecz, jednak on nosił go bez trudu.
— To jest możliwe? Mogę spytać o cokolwiek? — Raby poderwała się do góry z ciekawością.
— Dowiesz się trzech rzeczy — Scott odezwał się teatralnym głosem — Zegar przepowie ci sukces życia, miłość życia i śmierć.
— Przepowiedzą moją śmierć? — Dziewczyna zlękła się. Ktoś jeszcze nie dawno jej mówił, że nie można jej zabić. Czyżby nagle było to możliwe?
— To nie takie proste... Prawdopodobnie nic z tego nie zrozumiesz. Ale musisz wszystko zapamiętać i dokładnie nam opowiedzieć — Aaron złapał ją czule za ramię — Nie możesz przegapić ani szczegółu.
— Czy przyszłość może się zmienić?
— Prawdopodobnie. Ja nie chciałbym, żeby moja się zmieniła... — Scott podszedł do lady z zaniepokojonym wyrazem twarzy. — Coś długo im to zajmuje.
— Przepowiedziałeś już swoją przyszłość? Scott?
— Tak.
— Aaron... a ty? Widziałeś swój sukces... miłość, czy śmierć? — Spojrzała na niego marszcząc czoło.
— Nie. Za przyszłość płaci się przeszłością. Działa to w dwie strony.
— To znaczy, że zapomnę o czymś?
— O czymś ważnym, zapewne. Możliwe, że o kimś... — Aaron odchrząknął.
— Mogę wybrać, co chcę zapomnieć?
— To trochę nielogiczne Raby, nie sądzisz? — Scott uśmiechnął się do niej — Najważniejszy jest twój sukces i śmierć, miłość twojego życia możesz zachować dla siebie — odwrócił wzrok.
— A ja uważam, że to by było całkiem ciekawe — Aaron klepnął ją nonszalancko w plecy i skierował wzrok na Zegar, który już stał w drzwiach.
Był to mężczyzna w starszym wieku. Ubrany elegancko, z binoklem opartym na zmarszczkach wokół oka. Włosy miał długie, szare, splecione w warkocz. Podobnie jak broda, która była tej samej długości.
— Czego tu szukasz, Aaronie? — Spytał zachrypłym głosem.
— Chciałbym... chcielibyśmy — poprawił się — ujrzeć przyszłość Raby.
— Raby? To ten...
— Żywiołak — odpowiedziała.
— Istotnie — zaczął. — Jest to możliwe, tak. Jednak ma swoją cenę.
— Znamy cenę.
— Martw się o swoją przyszłość, Aaronie — Zegar uśmiechnął się słabo — Sukces twój większy niż sądzisz, jednak miłość życia ohydna i lubieżna, a śmierć... godna co najwyżej świni w rynsztoku.
Aaron wyraźnie zaczerwienił się ze złości. Widocznie nie lubił towarzystwa kogoś potężniejszego od siebie samego. Zacisnął zęby i zamilkł, jak nigdy wcześniej.
— Ma to ogromne znaczenie Zegarze. Zacznijmy. — Raby podeszła do istoty.
Po chwili pojawił się żółtooki chłopak z niewielkim pergaminem. Położył go na ladzie i odszedł łapiąc po drodze miotłę uformowaną z gałązek.
— Potrzebuję twojej krwi i wspomnień. Garści wspomnień, które przestaną mieć dla ciebie jakiekolwiek znaczenie. Jesteś pewna?
— Tak — odpowiedziała.
Jednak nie była pewna. Była ciekawa, jak każdy człowiek, którym już teoretycznie nie była. Jeśli to miało pomóc uratować ją i przyjaciółki to była gotowa zapomnieć o czymkolwiek. Byle one były szczęśliwe i bezpieczne. W końcu nie miała już rodziny.
Zegar naciął jej nadgarstek, aż wypłynęła z niego strużka krwi. Po kilku chwilach było jej na tyle, żeby zalała cały pergamin. Zegar kościstym palcem wskazującym uformował znak trójkąta i wtedy... Raby poczuła, że robi jej się słabo. Uczucie było tak silne, że w końcu przestała się opierać. Straciła przytomność, a ostatnią rzeczą jaką czuła był dotyk czterech dłoni na jej ciele.
Czuła, jak powietrze wiruje wokół jej ciała. Czuła jego chłód, wilgoć. Pociągnęła nosem zapach krwi i zasłoniła oczy z bólu. Jasne, żółte światło zaczęło ją razić do tego stopnia, że czuła, jak jej skóra się stapia. Gorące światło ustało, a ona przed sobą ujrzała sylwetkę. Biała sukienka, czarne włosy. Twarz była wycieńczona. Z brązowych, ślepych oczu wypływała krew, która brudziła jej chropowatą, zabrudzona i zranioną skórę. Osmolone i okurzone policzki sprawiały wrażenie lodowatych. Jej mina była bez wyrazu, kompletnie zmieszana, jakby czekał ją koniec. W końcu zdała sobie sprawę, że widzi samą siebie. Wymęczona postać opadła na kolana, a przed obserwatorką zaczęły zmieniać się obrazy. Jak gdyby wpadała do wody, ujrzała rozmyte obrazy, które z czasem uspokajały się. Widziała mężczyznę o twarzy Aarona, który klęczał przed postacią w kapturze. Postać uderzyła w niego lodową lancą, przez co jego ciało rozpadło się na miliony ostrych niczym szkło kawałków. Jeden z kawałków trafił w obserwatorkę, po czym znów obraz się zmienił. Znów widziała siebie, stojącą na wielkim kamieniu, niby klifie. Jej stopy były bose, twarz wypoczęta choć zrozpaczona. Z jej oczu płynęły czyste łzy odbijające się od kamienia pod stopami. Nagle postać wysokości niemal Raby, przytuliła ją mocno unosząc się jeszcze większymi łzami niż ona sama. Miała ona czekoladowe włosy i zdrową posturę. Niestety obserwatorka nie ujrzała jej twarzy dokładnie, zdołała rozpoznać tylko zieleń jej oczu.
Nagle poczuła zapach kwitnących kwiatów, soczystych traw. Słońce wyjrzało zza chmur i obraz się zmienił. Widziała na horyzoncie las. Czuła mrok i głębie w oddali jednak tuż przed nią znajdowała się polana. Wypełniona przyjemną żółcią słoneczników i unoszącego się w powietrzu delikatnego pyłku. Usłyszała dźwięk silnika. Ujrzała siebie samą i Scotta wysiadającego z motoru. Złapał ją za rękę i pociągnął na sam środek polany. Usłyszała ciepły śmiech siebie samej i wtórujący mu śmiech należący Scotta. Przyciągnął on do siebie dziewczynę i ucałował w blade czoło.
— Udało mi się — zaczęła dziewczyna.
— Poradziłaś sobie. Mimo tylu nieszczęść...
— Scott, przestań. Myślmy teraz o czymś pozytywnym.
— Jaki opanowałaś jako pierwszy? — Chłopak odgarnął jej włosy za ucho, wciąż trzymając ją mocno w pasie.
— Powietrze miałam opanowane już dawno temu... to jak z jazdą na rowerze. Najtrudniejszy był ogień.
Obserwatorka poczuła, jak wypala jej się wnętrze. Czuła gorące uczucie w żołądku i w płucach. Jakby w środku wybuchł pożar, który pożerał wszystko, co w niej ludzkie. Świat, a przynajmniej ten, który miała przed oczyma - zawirował i sprowadził ją na ziemię.
Pod dłonią poczuła soczyste w drzazgi drewno. Leżała? Na ladzie bibliotecznej starszej niż ona sama. Tuż obok niej zaświeciły się żółte oczy przeklętego - według niej - dziecka. Obok zmartwiona mina Scotta, usilnie próbująca być beznamiętna - należąca do Aarona i... zaciekawiony Zegar sprawdzający co chwilę temperaturę jej ciała.
— To nie jest najlepsze uczucie na świecie — jęknął Zegar.
— Boli mnie w środku... pali...
— Mestama, przynieś wody.
Chłopak zniknął, jak gdyby od tego zależało jego życie. Aaron przysunął się bliżej do Raby. Ta wzdrygnęła się odruchowo. Przed jej oczyma wciąż widziała jego śmierć. Jednak nie wiedziała... co to ma z nią wspólnego? Przecież to sprawa Aarona. Nie dotyczy jej życia.
— Widziałaś swój sukces? — Scott spytał z ciekawością,
Raby ogarnęły wizje związane bezpośrednio z mężczyzną. Byli bardzo blisko, choć ciężko jej było w to uwierzyć.
— Trudno powiedzieć — jęknęła z bólu — to było... dziwne.
— Odpocznij. Potem wszystko spiszesz i przeniesiemy cię do najwygodniejszego łóżka w Hellionie — Aaron uśmiechnął się do niej w taki sposób, że zrobiło jej się goręcej. O ile to możliwe.
__________________
W związku ze sprawami osobistymi rozdział 14 będzie miał dwie części.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz