8 cze 2016

15. Oczy zawsze mówią prawdę.

     Światło w pomieszczeniu oślepiało ją nawet przez zamknięte powieki. Nie była skrępowana, po prostu pierwszy raz od swojego istnienia poczuła chłód silniejszy niż cokolwiek znała. Czuła go w żyłach, mięśniach i w kościach.Oddech miała krótki, wydychając zimniejsze niż przedtem powietrze. Jej anielskie ciało reagowało na owe warunki koszmarnie. Kątem oka zauważyła praktycznie zamarznięte już ciało swojego brata. Zwinięty w kłębek, z przyklejonymi do policzka włosami. Jego rzęsy pokryte były cienką warstwą lodu. Nie słyszała jego oddechu. Nie słyszała w tym pomieszczeniu praktycznie niczego. Nie potrafiła wydać ze swojego ciała choćby jęknięcia. Czuła chłód i bezsilność. Dwie rzeczy, których nigdy wcześniej nie zaznała.
     Przyłożyła nos do nierównej tafli lodu i na klęczkach, niczym najgorszy kundel prześlizgnęła się do swojego brata. Objęła drżącą ręką jego blade poliki. Wydawał się taki niewinny, bezbronny niczym dziecko, którym nigdy nie miał okazji być. Jej dzieciństwo przebiegało spokojnie, z dala od wpływu ojca. Narodziny reszty rodzeństwa z innej matki nie wstrząsnęło nią aż tak bardzo jak Wernmem. Ojciec zawsze go uciskał, pragnął władzy absolutnej. Wiedziała, że może mu się to kiedyś udać. Szczególnie, że Hellion był praktycznie wygasły, odizolowany. Choć w głębi serca nigdy nie chciała, aby Larome przejął władzę nad światem ludzi. Nie tylko ze względu na to, jakim nieodpowiedzialnym władcą by był. Najbardziej bolało ją przecież to, ile Wernm przez niego wycierpiał. Uczył go okrucieństwa od początku jego istnienia, a ona przecież była od niego młodsza. Co działo się zanim Ulleyele się narodziła? Podobno to ona roztopiła serce Larome. Jaki był przed jej urodzeniem? Czy jeszcze bardziej nieznośny? Wernm był dziedzicem, zasługiwał na szacunek. Larome zachowywał się, jakby nigdy dziedzica nie potrzebował. Był nieśmiertelny, jak cała rodzina. Choć matka zawsze powtarzała, że w tym świecie nie ma rzeczy, które trwają wiecznie. Stwórca wszystkiemu wyznaczył właściwy czas. Ani Larome, ani jego brat, władca Hellionu, nie powinni czuć się nazbyt pewnie w świecie, w którym wszystko jest możliwe. Nie znają jego zasad. Dowodem na to jest choćby samo istnienie Raby. Larome boi się jej, albo będzie się bał... 
     Próbowała przypomnieć sobie cokolwiek z nauk. Coś, co mogłoby pomóc jej wyjść z tej trudnej sytuacji. Wernm zapewne również się przebudził na samym początku. Jednak... teraz leży tu, jakby nieżywy. Czyżby się poddał? Doskonale wiedziała, że jego samouwielbienie było grą aktorską. Wernm opiekował się tylko Ulleyele, z dystansu, licząc, że nie zauważy tego. Gdyby natrafiła się okazja, żeby uciec od tego świata bezszelestnie, bezwstydnie zrobiłby to. Czy i teraz tak się stało? Tak długo próbowała przekonać go o swojej miłości, że już dawno zapomniała, że dla niego nie ma to znaczenia. Był zazdrosny o całe rodzeństwo, ale nie o Ulleyele. Chciał ją chronić od tego wszystkiego, aby nie podzieliła losu pechowego dziedzica. Nie mógłby się poddać, wiedziała to,
Z bezsilności zaczęła brodzić rękami w śniegu. Nie czuła już więcej chłodu. Bolała ją tylko bezsilność. Trafiała w serce, zamrażając łzy na jej twarzy. Rzadko płakała, szczególnie po wyrośnięciu. Zazwyczaj powodem był Wernm. W dzieciństwie nienawidziła jego stylu bycia. Olewał wszystko i wszystkich z pozoru, myśląc, że nikt nie widzi jego batalii w sercu.
     Natrafiła na coś ostrego i twardego, choć z trudem potrafiła wyczuć co to było. Jej zmysły choć silniejsze od ludzkich były wyjątkowo ułomne w obecnych warunkach. Wyciągnęła to z śniegu i przyjrzała się. Kawałek ostrego sopla. Był chropowaty, niemal przeźroczysty i wyślizgiwał się z jej kruchych dłoni. Złapała go pewnie i w jej głowie narodził się pomysł. Nie myśląc dłużej wycelowała lodem w brata, w sam środek klatki piersiowej, blisko serca.
    On jakby wybudzony z koszmaru, ocknął się i wyprostował do siadu oddychając szybko, acz płytko. Po salwie łapczywych oddechów chciał coś powiedzieć, choć słowa nie wypływały z jego krtani. Ulleyele wyczuła to dawno temu. W owym miejscu, pośrodku niczego, z palącym światłem i zimnym powietrzem panowała cisza. Chorobliwa cisza, nadnaturalna i wymuszona.
     Ulleyele wyciągnęła kawał lodu z brata, a z jego ciała natychmiastowo wyciekła ciemnoczerwona krew. Rzuciła sopel daleko od siebie i pogładziła Wernma po policzku. Rozsmarowała jego własną krew na bladej, wychudzonej i zmarzniętej twarzy. Nie zareagował na to, choć w głębi serca cieszył się, że nie jest tu sam. Zdążył się rozejrzeć już tysiąc razy i jedyne co widział to światło i płaskie horyzonty wokół nich.
   Zauważyła ostrzejsze światło, które stopniowo rozświetlało całe miejsce za każdym razem powracając do jednego punktu. Było to słabo widoczne zjawisko. Choć w jej głowie kłębiły się również myśli, iż postradała rozum.
     Złapała brata za rękę i starała się go pociągnąć za sobą, stopniowo zsuwając się w stronę zjawiska. Wernm choć opadły z sił, nie poddawał się, pomagał siostrze jak najlepiej mógł. Patrzyła w jego oczy. Duże, szkliste, czarne. Wpatrywały się w nią błagając o pomoc, o ratunek. Gdyby mógł, zapewne powiedziałby jej coś mylącego. Jednak obecnie przemawiać mogły tylko jego oczy. A oczy zawsze mówią prawdę.

...

    Rozsiadł się w fotelu, wymuszając na swoim ciele komfort. Nie czuł się komfortowo ani trochę. Poprawiał nerwowo brudne, jasne loki które co rusz kosmykami wypadały z ciasnego upięcia nad karkiem. Jasno-niebieskie oczy wędrowały od ramion Hassay'i do jej stóp. Nie mógł spojrzeć na jej twarz. Nawet ona była spięta.
 — Larome, ta sytuacja... — zaczęła choć po drganiu jego rąk wyczuła, że nie powinna mówić nic więcej. Przysiadła przy marmurowym parapecie. Z zewnątrz nie dostawały się żadne światła. Stała w bezpiecznej ciemności, z dala od jego wzroku. 
 — Ta dziewczyna... tak po prostu... wszystko podpaliła? — Powiedział z chłodnym profesjonalizmem uspokajając oddech. Kościstą ręką sięgnął po szklankę z mlecznym płynem. 
 — Nie jesteśmy w stanie ocenić jej umiejętności... 
 — A reszta? — Zaczerpnął łyka ze szklanki i odstawił ją z impetem. — Ile?
 — Trzy sztuki. Z tym, że nie jestem pewna co do ich umiejętności...
 — Czyli nie wiesz nic? — Warknął wstając. Był niesamowicie wysoki, dodatkowo z idealnie wyprostowaną posturą. 
 — Jedną posiada już Hellion — powiedziała cicho unikając jego wzroku za wszelką cenę.
On jednak odnalazł ją w ciemności. Stanął tuż obok niej, ażeby mogła ujrzeć jego nienawistne spojrzenie, jego rozpaloną krew kotłującą się pod skórą. Widziała i czuła wszystko. 
Złapał ją mocno za biodro, wpijając pazury pod skórę. Rozerwał szykowną suknię i przyciągnął ją do siebie obijając swoje kości o jej kości. Nie pisnęła z bólu. Potrafiła wytrzymać wiele.
 — Wszystkie mają być nasze lub martwe. 
Puścił ją, otrzepując dłoń z krwi. Złapał za szklanicę i rozbił ją o ścianę.
 — Poślij po nową, choćby po dziesięć nowych. 
Hassaya przemknęła przez ciemniejsze zakątki pokoju aż do samych drzwi. Nigdy nie czuła się tak upokorzona. Larome nigdy jej tak nie traktował, choć obawiała się tego już dawno. Szybko się nudził, a ona wiedziała, że nie może do tego dopuścić. 
 — Co z moi...naszymi dziećmi? — Powiedziała cicho, acz słyszalnie. Próbowała w mroku odnaleźć jego oczy. Spojrzał na nią beznamiętnie, po czym zaczął wpatrywać się w rozbite szkło. Już myślała, że ją zignorował, gdy wymamrotał:
 — Nie obchodzą mnie.
Po jego słowach wyszła, zamykając drzwi najciszej jak tylko mogła. 


...


      Natrafiła na przepaść. Tak jej się wydawało. Spojrzała na brata ostatkiem sił, czy aby na pewno dalej jest przytomny. Wernm spojrzał na nią jak zbity pies i jedyne co zdołał z siebie wykrzesać, to słaby, ledwie zauważalny uśmiech. Był gotowy na wszystko, ażeby się stąd wydostać. Nienawidził bezsilności. Zawsze sam wyznaczał sobie ścieżkę, którą podążał. A przynajmniej zawsze tak sądził. Nigdy nie podejrzewał, że będzie zmuszony kiedykolwiek polegać na swojej siostrze tak mocno, jak w tej chwili.
     Ulleyele zawahała się. Gdy tylko spojrzała w przepaść, poczuła jeszcze gorszy ziąb. Na dole mogło ich czekać wszystko. Jednak nie wydawało jej się, żeby istniało coś gorszego od obecnej sytuacji. Jest aniołem. Może zginąć tylko od zaklętych przedmiotów i pozbawienia żywiołu. Zaklętych przedmiotów nie było zbyt wiele na świecie. I Stowarzyszenie Koniożerców nie było w posiadaniu ani jednego. Pozbawiać żywiołu mogą tylko medium, a one nie robiłyby niczego wbrew woli Stwórcy. Dlaczego niby Stwórca chciałby jej śmierci? Teoretycznie była bezpieczna, nic nie zagrażało jej nieśmiertelności chociaż dalej... Martwiła się. Nie tylko o siebie, nie o bezbronnego brata... o Raby. O dziewczynę, o którą musi dbać, jako Anioł Stróż. O dziewczynę, która wypala jej dziurę w brzuchu ilekroć o niej pomyśli. I tym razem, myśl o Raby rozgrzała jej serce. Dodała jej odwagi i sprawiła, że "Lily" ma o co walczyć.
     Ostatni raz spojrzała na brata, który miał wypisaną determinację w oczach. Zepchnęła jego kruche ciało w przepaść i patrzyła, jak znika z jej pola widzenia. Nie pozostało jej nic innego, jak skoczyć za nim. Choć jej działanie wcale nie przypominało skoku. Dziewczyna po prostu osunęła się i spadła.          Choć wcale nie czuła, ażeby miała spadać.
Jej ciało unosiło się jak gdyby przebywała na czymś w rodzaju galaretki. Czuła, jak w nią wsiąka i traci oddech. Połknęła ostatni tlen przez gardło i pożegnała się z przytomnością.

...

   Mochia poprawił włosy, przekładając je za ucho. Podrapał się w spocone czoło próbując zinterpretować odpowiednio słowa zawarte w liście od syna.
 — Nefrycie, nie wydaje mi się, ażeby Raby Glasser była nam potrzebna — powiedział zgniatając list w ręku. 
Drugi syn nieco się zmieszał. Od kilku dni nie odpoczywał, porządkując plany budowli Hellionu. Jego twarz zrobiła się bledsza niż zwykle, wory pod oczami się powiększyły, a usta zrobiły bardziej sine. Mało było rzeczy, które potrafiłyby tak wymęczyć anioła. 
 — Przepracowujesz się. Zbyt często używasz swoich talentów... — Skomentował wygląd swojego syna. 
Nefryt wywrócił oczami i uśmiechnął się sarkastycznie. 
 — A znasz jakiegoś innego anioła z talentem teleportacji?
 — Jak tylko Aaron wróci, to ci pomoże.
Tego dla chłopaka było za wiele. Nie zamierzał stawiać się ojcu, jednak zauważył on ogniki wściekłości w oczach syna. Jego zazdrość o Aarona rosła z każdym dniem. A teraz, gdy ma okazje dowieść ojcu, że jest czegoś wart on stwierdza, że bez Aarona sobie nie poradzi! 
 — Moim zdaniem powinniśmy przejąć kontrolę nad Raby... Jeśli Eter dostanie pozostałe trzy żywiołaki to--
 — Nie masz pojęcia co się stanie. Nie mamy pewności, czy są one w jakikolwiek sposób potężniejsze niż zwykłe anioły. 
Mochia wstał i ciężkim krokiem skierował się do wyjścia. Niestety zatrzymało go prychnięcie Nefryta. Chłopak działał mu na nerwy, ale ze względu na jego zmarłą matkę starał się zawsze wysłuchiwać swoich dzieci. Nie do końca stosować się do ich rad, ale przynajmniej zrozumieć.
 — Eter również nie ma takiej pewności. A chce przejąć je wszystkie.
 — Eter — Mochia odwrócił się i spiorunował chłopaka wzrokiem, jakby uważał go za idiotę — stworzył żywiołaki. Równie dobrze mógłby chcieć po prostu je zlikwidować. 
 — Chcesz zaprzepaścić jedyną szansę... niepewną, jednak... jedyną, która uczyniłaby nas lepszymi od Eteru?! — Nefryt również wstał ze stołka, ściskając pięści aż do krwi. 
 — Wystarczy — Mochia nawet na niego nie spojrzał. Po prostu opuścił pomieszczenie zostawiając Nefryta samego. Ten tylko kopnął oba stołki ze złości sprawiając, że rozleciały się w drobny mak. Ale jego szanowany ojciec mógłby mieć takich setki, tysiące... 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz