28 sty 2016

09. Zimno i słodycz

          Zaczęło robić się coraz zimniej. Noc stawała się dłuższa niż dzień, a ludzie zaprzestawali wędrówek w pobliże kryjówki Demary'ego i rodzeństwa. Ogromna polana na końcu miasta nie była ciekawą okolicą. Pozostałości po spalonych budynkach napawały grozą. Wielu myślało, że po prostu bardzo często przesiadują tam bezdomni. Nie mylili się aż tak bardzo. Ani Ariana, ani Bonnie, ani Shel nie miały już przecież żadnego domu.
          Demary wyszedł przed budynek i skierował się do ogromnego, łysego drzewa. Tuż pod nim był wielki dół, zapewne resztka starych piwnic. Wiele pozostało tam fundamentów, które informowały o tym, że pobliżu było miejsce często oblegane przez ludzi. W dole pod drzewem pełno było śmieci. Makulatura, paczki po chipsach czy puszki po napojach wyskokowych. Ogólny bajzel i burdel, którym nikt się nie interesował. W ciągu cieplejszych dni Hol wielokrotnie informowała rodzeństwo, że wokół zbierają się ludzie, głównie dzieciaki. Marzą ściany i głośno rozmawiają. Łatwo było ich przepędzić podpalając śmieci. Żaden człowiek, nawet dorosły nie lubił odpowiedzialności. Tym bardziej, jeśli to nie była jego wina. Woleli unikać kontaktu z wszelkimi służbami. Niektórzy dzwonili po straż pożarną, przyjeżdżała na miejsce wielokrotnie. Zawsze jednak nie zastawali nic więcej prócz zwęglonych śmieci czy liści. To oczywiście nie był przypadek. Demary dbał o to, ażeby nikt ich nie wykrył, dopóki sami nie będą tego chcieli.
          Mężczyzna oparł się o drzewo i rozmyślał o rzeczach, na które nie byłoby stać jego rodzeństwa. Przetrwanie było priorytetem. Jednak zostanie w świecie ludzi było głupotą. Nic już nie mógł z tym zrobić. To nie dawało mu spokoju.
        Ariana wyrwała go ze sfery marzeń o bezpieczeństwie. Jej uśmiechnięta twarz irytowała częściej niż by tego chciał. Nawet gdy spała wydawało mu się, jakby ona tylko czyhała, żeby komuś dopiec. Zwracała się do Bonnie pieszczotliwie, jednak względem Shel była oschła i wyrachowana. Dogryzała komuś za każdym razem ilekroć otworzyła usta. 
 — Czego chcesz? — Wysyczał do niej. Nie rozumiał, dlaczego z całej piątki akurat ona musiała tutaj przyjść.
 — To raczej moje pytanie — Ariana przewróciła oczami — czego ty chcesz?
          Demary westchnął ciężko i osunął się w dół wciąż opierając się o drzewo. Starał się ignorować jej towarzystwo, chociaż samym oddechem doprowadzała go do szału. Gdyby tylko mógł to poderżnąłby jej gardło. 
 — Dem, od dawna jesteś najsłabszym ogniwem — powiedziała czule.
 — Dem? — Parsknął śmiechem. 
 — Zagrażasz nam. Oni tego nie wiedzą, nie wiedzą co nas czeka.
          Mężczyzna posłał jej spojrzenie kata. Doskonale zdawał sobie sprawę z niebezpieczeństwa choć nigdy by nie przypuszczał, że ktokolwiek poza nim by się tym przejmował. Oliver i Hol unosili się dumą, byli przekonani, że sobie poradzą. Bonnie i Shel były zwykłymi ludźmi. Przynajmniej mentalnie. Jak niby miałyby pojąć, że w każdej chwili mogą zostać zaatakowane? Ale Ariana? Skąd w niej świadomość niebezpieczeństwa?
 — Zachowujesz się jakbyś była obłąkana — mruknął niby do niej, choć zbyt cicho, żeby to usłyszała. Złapał piasek w rękę i zaczął go przesypywać. Był zimny, z wierzchu pokrywał go szron.
 — A skąd ty wiesz — odkaszlnął — co nasz czeka?
          Demary zmierzył ją wzrokiem od góry do dołu. Jej wyraz twarzy się zmienił, to go zaniepokoiło. Już nie miała tego przyklejonego uśmieszku. Jej oczy stały się przenikliwe, zaś wyraz twarzy poważny. 
 — Drzewa mi powiedziały.
Uśmiechnęła się delikatnie, przyjaźnie. Wiatr sprawił, że wszystkie drzewa natychmiastowo zaszumiały, mimo, że niewiele pozostało im liści w koronie. 
 — Drzewa... ci powiedziały? — Próbował powstrzymać się od śmiechu. — Tobie?
 — Tak — skinęła głową. — Stale mi coś szepczą.
      Mężczyzna zmarszczył brwi. Pamiętał, że niektóre anioły z talentem ziemi miały różne dodatkowe zdolności. Niektórzy potrafili się przemieszczać na długie dystanse ilekroć stali na ziemi, inni byli zdolni do łagodzenia bólu innym. Sam był kiedyś światkiem jak anioł z talentem ziemi potrafił przemieniać się w łasicę. Usłyszał też gdzieś, że znaleźli się i tacy, którzy zdolni byli do rozmowy z roślinami czy zwierzętami. Ta ostatnia zdolność była najrzadsza i wymagała wielkiego doświadczenia. Skąd w małej Arianie Stacey - która posiadała talent ziemi od ponad miesiąca - taka cenna zdolność? To było niemożliwe, równe z cudem.
 — A jednak — wyszeptała mu tuż przy uchu. Rozsiadła się tuż obok niego, a on tylko się wzdrygnął. Sam nie wiedział czy z obrzydzenia do dziewczyny czy z szoku, jakiego doznał przed chwilą. Rozmowa z roślinnością niosła ogromne korzyści. Rośliny są wszędzie, widzą wszystko i wiedzą wszystko. Potrafią nawet poznać myśli człowieka. Anioł, który posiada tą zdolność ma praktycznie nieograniczone możliwości.
 — Co ci jeszcze powiedziały? — Spytał cicho próbując uniknąć drżenia głosu. Było to bezskuteczne. 
 — Powiedziały, że nam zagrażasz. Nic nie wnosisz do naszego życia.
 — Co? — Nie potrafił ukryć strachu w głosie.
 — Jesteś słaby — powiedziała wprost do jego ucha. Ręką złapała za kosmyk włosów, który niesfornie opadał mu na czoło. Odgarnęła go i pogładziła po policzku.
 — Czego ty chcesz? — Warknął w końcu odpychając ją.
 — Chcę sprawić, że będziesz silny — jej ton głosu się nie zmienił, wciąż był zmysłowy i pewny siebie.
 — Silny?
 — Najsilniejszy. Z. Nich. Wszystkich. 
    To była dla niego niedorzeczność. Ogarnął go strach, niepewność i cały worek innych negatywnych emocji. Wiedział, że musiał się pożywić. Wiedział też, że nie może do tego zmusić Bonnie.
 — Twój żywiciel jest bezużyteczny, skoro nie potrafi cię pożywić, Dem.
 — Nie mów tak do mnie. W każdym razie.. 
 — Masz wybór — przerwała mu dokańczając jego zdanie. Wiedział, że drzewa podpowiadają jej wszystko, również to co siedzi w jego umyśle. 
 — Wybór? O czym ty mówisz? — Demary przetarł oczy. Nie potrafił uwierzyć w obecną sytuację. 
 — Możesz tutaj zgnić bez mocy, bo wkrótce to właśnie się z tobą stanie — znów przewróciła oczami w stylu typowej Stacey. — Masz też drugą opcję.
 — Durna kobieto. To oczywiste, że nie chcę umrzeć.
 — A więc już wybrałeś.
          Zanim zdążył jej odpowiedzieć, poczuł na ustach smak jej warg. Były zimne i słodkie. Trwał chwilę w głębokim zaskoczeniu, jednak odwzajemnił pocałunek. Poczuł przepływającą energię. To ona mu ją ofiarowała. Ofiarowała, chociaż wcale nie musiała. Składał na jej ustach coraz mocniejsze pocałunki. Dziewczyna jednak chciała czegoś więcej, czegoś w zamian. Nie oddalając od niego ust, rozpięła swój ciemno-zielony sweter i zrzuciła go z siebie pozostając tylko w staniku i ciasnych jeansach. On jednak odsunął się od niej. W jego oczach błyskała niepewność.
 — Wiesz, że potrzebujesz więcej — zaczęła spokojnie.
          Nic jej nie odpowiedział. Po prostu bacznie przyglądał się jej poczynaniom. Nie patrzył nawet na jej twarz, tylko na to, co wyprawiała jej ręka. Zsunęła ramiączka stanika, rozpięła go i wyrzuciła za siebie. 
 — Mogę ci to dać — złapała za jego rękę i przyłożyła do swojej piersi — moc. 
          W jego oczach nie było już niepewności czy strachu. Pojął, że nie zamierza być już więcej bezużyteczny. 
        Złapał ją mocno za biodra i przysunął bliżej. Ariana tylko uśmiechnęła się zadziornie i powróciła do pocałunku. Ten był gorętszy, posiadał w sobie więcej namiętności niż jakikolwiek wcześniejszy w wykonaniu Ariany. Wiedziała, że im więcej energii otrzymywał, tym mniej się kontrolował. Nie zamierzała go powstrzymywać. 

...

           Raby otworzyła szeroko buzię i wystawiła język. Czuła się jak dziecko, gdy lekarz zaglądał jej do gardła. Z pewnością po jej przygodach w szpitalu nienawidziła badań. A tym bardziej badań, które do niczego nie prowadziły.
 — Wygląda na to, że wszystko w porządku, pani...? — Staruszek z pięciocentymetrową, siwą brodą spojrzał na nią pytająco. 
 — Niech cię to nie interesuje — odparła bez zastanowienia.
          Lekarz choć wprawdzie wpisał coś do karty, to bardzo niechętnie. Podrapał się po głowie ze smutną miną. Znów prawdopodobnie przypomniał sobie, że jego czasy świetności już minęły. Nie miał co szukać na głowie czegoś innego niż łysina. Czuł się bardzo niekomfortowo i okazywał to dosyć wyraźnie,
 — Pieprzone tyrliki, już drugi raz mnie oszukały na specyfik na porost włosów — splunął na swoje buty, prawdopodobnie nieświadomie — tere fere, nowa formuła. 
Blondyn w kurtce i z odznaką głośno odchrząknął wyrażając swoje zniecierpliwienie. 
 — Doktorze Fistish, jest doktor pewien? 
 — Cooooo? — Przeciągnął zatrzymując wzrok to na chłopaku, to na pacjentce.
 — Jest zdrowa?
 — Aaa! Tak! — Uśmiechnął się szeroko, choć to nie było najlepszym pomysłem, ażeby chwalić się ubytkami w swoim uzębieniu. — Oprócz no.. tej amnezji i wrogości do.. — doktor zmierzył dziewczynę wzrokiem — wszystkiego co oddycha. 
 — Przepraszam bardzo, jakiej amnezji? — Powiedziała oburzona.
 — No co? — Staruszek poprawił druciane okulary. 
 — Jakiej wrogości? Ja po prostu nie lubię, jak ktoś mnie do czegoś zmusza. 
 — Ktoś cię do czegoś zmusił? — Chłopak zbliżył się do niej z troskliwą miną. — Wykorzystał? No.. fizycznie?
 — O czym ty gadasz.. te — spojrzała na plakietkę przyczepioną do kurtki — Benetty? 
 — Ktoś cię dotykał wbrew twojej woli? Znam na to paragraf! — Krzyknął groźnie i złapał ją za ramię. Dziewczyna syknęła z bólu. Piekącego bólu. Natychmiastowo wyrwała rękę i przybrała purpurowy kolor na twarzy ze wściekłości.
 — Mówiłam, ty popieprzony dupku, żebyś mnie nie dotykał! Nigdy. Więcej. Kiedykolwiek. — Ostatnie słowa powiedziała z naciskiem, dobitnie.
          Pomasowała obolałe ramię. Te poparzenia ze strony dotyku chłopaka były dla niej zaskoczeniem, choć już wcześniej się przekonała, że w tym dziwnym świecie dzieją się dziwne rzeczy. 
 — Młoda panienko, no właśnie o tym mówiłem. Nienawiść, wrogość. Bez powodu — powiedział staruszek, po czym skrupulatnie wszystko zanotował w karcie. 
 — Bez powodu? Ten idiota mnie poparzył? Dodatkowo nie pierwszy raz! — Syknęła ze złości i odwróciła się na pięcie z zamiarem wyjścia.
 — Poparzył? A co ty, jakaś anielica jesteś, żeby cię dotyk dziedzica bolał? Heeee! — zaśmiał się starzec poprawiając okulary. 
         Scott natomiast zamarł na chwilę.
 — Aniołem? Jesteś aniołem? — Spojrzał na nią z politowaniem.
 — Oczywiście, że nie! — Warknęła masując obolałe ramię.
 — Dlaczego nie powiedziałaś, że jesteś aniołem?! — Ryknął z ognikami gniewu w oczach. 
 — Nie jestem aniołem! — Jej cierpliwość się kończyła, zaś ton głosu podnosił.
 — Ahaa! — Zawołał głośno i z uśmiechem. — Oczywiście, że nie jesteś aniołem!
          Raby uderzyła się płaską ręką w twarz. Nie miała nawet siły jakkolwiek skomentować jego idiotyzmu.
 — Anioły automatycznie kierowane są do lochów, nie są mile widziane w Zakonie. Więc musisz być człowiekiem — powiedział przyglądając jej się dokładnie — prawda? 
 — Do lochów? Gdzie są te lochy? — Spytała cicho.
 — Doktorze. Opis i wiek się zgadza — powiedział blondyn całkowicie ignorując pytanie dziewczyny. Raby otworzyła szerzej oczy.
 — Możesz mieć rację chłopcze. Najlepiej zaprowadź ją do Zakonu. Czym prędzej. 
 — Czy ktoś mógłby mnie wtajemniczyć?
 — Nie masz prawa głosu, żywiołaku. Dopóki jesteś na naszej ziemi. 
          Raby zamarła na chwilę. Znowu trafiła do miejsca, gdzie ktoś próbował ją kontrolować. Znowu była tylko narzędziem w rękach innych. Nie mogła pozwolić, żeby to się znów wydarzyło. Postanowiła uciec. Chciała wyminąć Scotta, który stał w drzwiach. To było jednak bardzo lekkomyślne. Dziewczyna dotknęła go zbyt dużą powierzchnią ciała. Ból był niewyobrażalny, tym bardziej, że ją zaskoczył. Osunęła się na ziemię. Jedyne co zdążyło do niej dotrzeć to głośnie "Raby!". Potem nie było już nic. 

...

          Ocknęła się, jednak nie wyszła z tego bez szwanku. Na szczęście nic gorszego prócz bólu głowy i odrętwienia jej nie spotkało. 
         Rozejrzała się po pokoju w którym się znajdowała. Przeważały kolory jasnego brązu. Drewniana komoda, drewniane łóżko na którym leżała, drewniane drzwi, drewniana framuga, drewniane okna, drewniane krzesło i uśmiechnięty na nim Scott. Czyli nic specjalnego. 
 — Co ty tu robisz? — Powiedziała słabo. — Co ja tutaj robię? 
         Chłopak zmarszczył brwi, jak gdyby naprawdę nie chciał powiedzieć, w jakim celu przywlókł tu dziewczynę. 
 — Dlaczego nic nie czuję — wyjąkała.
 — Przyniosłem cię tutaj, to prawdopodobnie dużo cię kosztowało — odpowiedział poprawiając się na krześle. Wciąż bacznie ją obserwował. 
 — Jesteś idiotą. Dodatkowo największym jakiego spotkałam. Idiota. Największy idiota — powiedziała do niego, choć właściwie guzik ją obchodziło czy ją słuchał. 
          Przeszkadzało jej w nim wszystko. Ta lekkość bycia. Ten szczery, przyjazny uśmieszek. Te blond włosy i zielone oczy. Były radosne, wyrażały szczerość. Ona nie kupowała tego, po prostu przyzwyczaiła się, że w tym świecie zawsze otoczona będzie ludźmi ze złymi intencjami. Dodatkowo ubrany był tak dziwnie ludzko. Pod ciemno-szarą kurtką miał zwykłą, białą koszulkę. Ciemno-zielone, szersze spodnie i ciężkie buty do konnej jazdy. Pod całymi tymi ubraniami była przekonana, że skrywał umięśnione ciało. Jego dłonie były duże, spracowane, jak gdyby nosił ogromne ciężary. Teraz jednak trzymał je na kolanach i niewinnie na nią spoglądał. 
 — Na boga.. — wyjąkała.
 — Przepraszam, na co?
          Dopiero po chwili zdała sobie sprawę z głupoty jaka wyrwała się z jej ust.
 — Nic, nieważne — westchnęła. — Muszę znaleźć Aarona. Gdzie są lochy?
 — Aarona? — Spojrzał nań pytająco. Niesamowicie ją to denerwowało. Właściwie to każde, pojedyncze jego spojrzenie przyprawiało ją o napad gniewu.
 — To mój znajomy — powiedziała cicho, jakby opanowując irytację.  — Z Hellionu — dodała po chwili.
          Scott pokręcił głową i uśmiechnął się głupio. Spojrzał na nią z politowaniem.
 — Ten wielki i potężny dziedzic Hellionu? — Odparł sarkastycznie. Po chwili nawet parsknął śmiechem.
 — No tak, ten. Przeniósł się tu ze mną. 
 — Kto wie czy jeszcze żyje. Prawdopodobnie jest w lochach. 

1 komentarz:

  1. świetne jak zwykle! nie mogę się doczekać kolejnych części :) pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń