12 paź 2015

03. Definicja człowieczeństwa

Bonnie była w potrzasku. Jej oddech momentalnie przyśpieszył. W głowie kołowały się różne myśli. Jednak wiedziała jedno; musi uciekać. Młodzieńcze życie nauczyło ją, że kontakty z policją nie są niczym dobrym. Szczególnie, jeśli nie istnieje się dla tego świata. Nie chciała trafić do ośrodków.. a nawet jeśli - tylko w ostateczności. Postanowiła na własną rękę dowiedzieć się prawdy.
Krew gotowała jej się po skórą. Poczuła przypływ energii. Podeszła do okna ostatni raz spoglądając za siebie na drzwi od toalety. Ktoś z impetem je otworzył. Nie było odwrotu. Wyskoczyła przez okno.
Zimne powietrze uderzyło ją w twarz, w duchu modliła się, ażeby pozostać sprawną do ucieczki. Ku jej wielkiemu zaskoczeniu wylądowała na dwie nogi nie uszkadzając sobie niczego. Już była gotowa do biegu jednak coś ją powstrzymało. Jakby ktoś przykleił jej buty do chodnika. Zdała sobie sprawę, że podeszwa była stopiona. Dziewczyna nie miała czasu. W przypływie adrenaliny pobiegła przed siebie zostawiając uszkodzone obuwie przed szpitalem.
Jej bose stopy poniosły ją w okolice starego domu. Po drodze nie zatrzymała się ani na chwilę. Nagły przypływ energii spowodował, że dziewczyna biegła z ogromną prędkością. Momentalnie wydawało jej się, że wyprzedza nawet niektóre pojazdy. Zatrzymała się pod swoim domem bacznie obserwując kuchnię. Okna były pozbawione firanek, w jej pokoju brakowało szpargałów na parapecie. Po chwilii poczuła, jak kawałek papieru zahacza o jej nogawkę. Pochyliła się, ażeby przeczytać kartkę. Jej oczy ujrzały klepsydrę z nazwiskiem "Rozalia Hurricane", reszta była rozmazana. Momentalnie zakuło ją serce. Ból uderzył całe jej ciało, a dziewczyna straciła równowagę. Łzy pociekły jej po rozgrzanych policzkach parując po sekundzie. Zgniotła z impetem kartkę i wyrzuciła ją przed siebie. Nie miała już nikogo.
Czy aby na pewno? W jej głowie spośród innych zapaliła się iskierka nadziei. Wytarła rękawem zmęczone oczy i ruszyła do znajomego miejsca, które było najbliżej. Do domu Państwa Glasser.
Raby również uczestniczyła w wypadku, jednak nie było jej już w szpitalu. Umarła? A może tak jak ona błąka się po mieście? A może wszystko jest w porządku? Bonnie była przekonana, że to nie jest sen. Z pewnością nie byłby tak długi, bolesny i dotkliwy.
Włóczyła się ulicami. Nigdy nie lubiła tej okolicy. Było tu dużo zakładów. Większość z nich została dawno zamknięta. Jednak ceglane kominy dalej utrzymywały się w górze. Lada dzień mogły się zawalić. Niektóre dzieciaki dalej na nie wchodziły. Tym razem Hurricane też ujrzała jakiegoś bachora na szczycie. Zareagowała z pogardą, choć był to pierwszy, który odważył wejść na samą górę. Postanowiła się mu bliżej przyjrzeć.
Bonnie podeszła do zardzewiałego płotu, który pamiętał jeszcze zieloną farbę. Otaczał stary teren ogrodnika. Ogromna działka, a w niej tylko chwasty, rozrośnięte krzewy i drzewa. Były dwa budynki. Oba zamurowane z protekcji przed bezdomnymi. Oczywiście pomiędzy budynkami był wysoki, ceglany komin. Ten akurat ostał się bez drabinki. Na samym szczycie znajdowała się jakaś osoba, jednak Bonnie była na tyle blisko, że nie rozpoznała w niej dzieciaka. Postać wydawała się chudsza, miała długie blond włosy powiewające na wietrze. Ubrana była w białe odcienie, kawałek szaty. Hurricane opisała to w myślach albą komunijną, choć delikatnie poszarpaną i bez zdobień.
Zanim zauważyła, że wpatruje się w nią z pięć minut było już za późno. Dziewczyna wstała na proste nogi, lekko ugięła kolana i zeskoczyła na sam dół. Bon została odepchnięta przez napływ zimnego powietrza. Przeszedł ją dreszcz, wyschło jej gardło, a mina zmieniła się w grymas zszokowania.
Dziewczyna stała jak gdyby nigdy nic wpatrując się w nią jak w obraz. W ciszy. W końcu podeszła do BonBon dotykając palcem wskazującym jej nosa. Po krótkim kontakcie cielesnym dziewczyna z białej szacie odsunęła się. Wyglądała, jakby ją coś bolało.. albo się czegoś przestraszyła. Miała nienaturalną mimikę. W końcu odezwała się.
- Ty mnie widzisz? - Powiedziała melodyjnym, spokojnym głosem. Bonnie doskwierała suchość z gardle. Nim zebrała się na jakąkolwiek odpowiedź, padło kolejne pytanie.
- Czym jesteś? - Powiedziała blondynka, na co Bonnie tylko skrzywiła się - nie jesteś człowiekiem.
- Ja.. jestem religijną osobą. Nie wierzę w dobre duchy! Odejdź zjawo! - ryknęła Hurricane po czym zebrała się na trzy kroki w tył. Trzeci był pechowy, gdyż sprawił, że brunetka upadła na ziemię z impetem. Znów gotowała jej się krew pod skórą, tym razem ze strachu. Pod ręką poczuła coś przyjemnego, skierowała tam swój wzrok i ujrzała..
- Spaliłaś trawę! - Ryknęła nagle śmiechem blondynka. To skołowało Hurricane jeszcze bardziej.
- S-Spaliłam? - Spytała ni to siebie, ni to nieznajomej. Była zagubiona w swoich poczynaniach. - Spaliłam już dziś buty.. - przypomniała sobie incydent spod szpitala.
- Musisz być.. bardzo zdenerwowana - powiedziała blondynka i przykucnęła koło Bonnie łapiąc jej grube loki w palce. Były kościste i długie, niczym palce pianistki z kunsztownego filmu. Brunetka wzdrygnęła się.
- Odejdź ode mnie!
Nie była do końca pewna dlaczego, jednak czuła coś niepokojącego. To nie była normalna istota. Coś jej to podpowiadało. Jej ruchy, przeżyła upadek z około 60 metrów, jednak przede wszystkim jej oczy. Nigdy nie nazwałaby jej człowiekiem.
- Nazywam się Ulleyele - podała jej dłoń - macie w zwyczaju tak robić, prawda?
- Ulle-co? - Bonnie resztkami racjonalnego myślenia podniosła się i otrzepała. Dalej wykazywała się nieufnością, choć coraz mniejszą - coś jak Lily?
- Lily? - Ulleyele przewróciła oczami - może być i tak.
- Bonnie... Hurricane. Właściwie to Bonnie Hurricane, tak. - również podała jej dłoń.
- Jesteś aniołem? - Lily spytała od razu. Jej mina wyrażała już znacznie więcej emocji niźli na początku. Jej oczy były przymknięte, radosne. Policzki, mimo, że blade to rozpromienione. Sama postawa dziewczyny wydawała się ufna i naiwna.
- Aniołem? Diabłem.. tak mówiła na mnie matka. Diablica! Choć.. - Bonnie zawahała się - ja podobno nigdy nie istniałam. 
Załamanie w jej głosie sprawiło, że Ulleyele odsunęła się raptownie. W głowie próbowała ułożyć logiczne wyjaśnienie, jednak wszystko czego nauczyła ją matka zdawało się niczym w porównaniu z rzeczywistością. W pierwszej chwili pomyślała, że Bonnie jest po prostu człowiekiem. To, że ją widziała mogło świadczyć o ciemności jej duszy, choć dziewczyna na taką nie wyglądała. Z tego co pamiętała, najczarniejsze ludzkie dusze są zdolne widzieć wszystkie potwory przed którymi anioły próbowały ich ochronić. Często też popełniają samobójstwa ze strachu przed tym, co zobaczyły. Bonnie była smutna, jednak jej dusza nie wydawała się przeklęta. Dodatkowo była zdolna palić przedmioty w gniewie za pomocą dotyku. Taki talent posiadała jej siostra, Hol. A także jej zaginiony brat Ange. Oboje są aniołami. Czym więc była Bonnie? Aniołem? Człowiekiem? 
Bonnie upadła na ziemię w bezsilności. Wcześniej nie zdawała sobie sprawy z beznadziejności sytuacji w jakiej się znajduje. Łzy ciekły jej strumieniami, jednak zanim dotarły choćby do brody zdążyły wyparować przez temperaturę jej skóry. 
- Rozumiem, że zmarł Ci ktoś bliski.. Ale z pewnością masz wielu przyjaciół - wyszeptała blondynka. Bonnie zdawała się ją ignorować zajmując się mętlikiem, który powstał jej w głowie,
- Ja również jestem pozostawiona sama sobie - wyznała. Bonnie w końcu zainteresowała się rozmówczynią.
- Ty nie jesteś prawdziwa. Ja nie jestem prawdziwa. To tylko sen! Prawda? - Wykrzyczała jej w twarz. Jej zdenerwowanie sięgnęło ogromnego poziomu. Hurricane wstała i zaczęła potrząsać Ulleyele ściskając dłońmi jej ramiona. Dziewczyna krzyknęła boleśnie. Zastopowało to na chwilę nastolatkę.
- Co ja? .. - mruknęła żałośnie widząc ślady poparzeń na cudownie białym ciele Ulleyele. 
- Po prostu.. spokojnie! - ryknęła blondynka ze wściekłością w oczach - Nikt więcej nie ucierpi, racja? - powiedziała już spokojnie, idealnie kontrolując swój gniew. Jakby borykając się z nim codziennie, kontrolowała go już do perfekcji,
- Wiesz co się ze mną dzieje? To nie jest sen, to zbyt prawdziwe, prawda? 
- Anioły nie śnią. Nie wiem jak odróżnić sen od jawy, ale z całą pewnością wszystko co mi wyrządziłaś jest prawdziwe. 
- Anioły? Wiedziałam, że nie jesteś czymś normalnym..
- Słucham? Anioły bez skrzydeł są bardzo podobne do ludzi, 
- Skoczyłaś z takiej wysokości i nic ci się nie stało! Wielu ludzi skakało z połowy tego komina i kończyli źle, więc.. - przerwała na chwilę, przypominając sobie wydarzenie sprzed kilku godzin. Ona sama wyskoczyła z trzeciego piętra bez najmniejszego problemu. Co mogło to oznaczać? 
- Czy ja jestem człowiekiem? - Hurricane spojrzała na swoje ręce, były brudne od spalonej skóry czy trawy. To była skóra Lily, im dłużej o tym myślała, tym trudniejsze było to dla niej do pojęcia.
- Jestem przekonana, że nie jesteś człowiekiem - powiedziała wskazując obolałą ręka na poparzenia - Ale kompletnie nie przychodzi mi do głowy czym możesz być. 
- Nigdy taka nie byłam. Znaczy.. byłam zupełnie normalna. Ale obudziłam się w szpitalu i od razu czułam się inaczej. 
- W szpitalu? - to dało anielicy do myślenia - chodźmy w jakiejś ustronne miejsce, ludzie zbyt często się tu kręcą.
- Ludzie, co? - uśmiechnęła się słabo - Wiem gdzie iść. To dom mojej przyjaciółki. A może raczej był..

Podróż przebiegła im dosyć przyjemnie, choć rozmowa wywiązała się dopiero w połowie. Bonnie dowiedziała się, że Ulleyele jest aniołem o żywiole wody, z talentem kontrolowania pogody. Zaś Ulleyele wysłuchiwała jak Bonnie znalazła się w szpitalu. Po drodze spotkali kilku ludzi, którzy posyłali im zaniepokojone spojrzenia. Prawdopodobnie ze względu na to, że obie dziewczyny wyglądały dość młodo choć ich ubiór wskazywał na to, że są bezdomne. Wystarczyło spojrzeć na ich bose stopy.
Hurricane odnalazła wzrokiem długi, soczyście zielony żywopłot. Poprowadził on ją do domu Glasser'ów. Choć musiała szczerze przyznać, że ten dom jeszcze tak źle nigdy nie wyglądał. Raz wybuchł pożar, strawił on połowę bloku. Szybko zdążono go wyremontować wspólnymi siłami. Obecnie budynek wyglądał tak, jakby nikt nie zamierzał go odnawiać. Połowa budynku była doszczętnie spalona, a druga połowa po prostu przybrudzona. Okna były stare, drewniane i brudne. Dziewczyny przez pierwszą chwilę nie mogły dostać się do klatki, jednak Hurricane w końcu zrobiła użytek ze swojego parzącego dotyku. Wytopiła dziurę w i tak zniszczonych już drzwiach. Skierowały się schodami na pół-piętro. Reszta wydawała się niedostępna, zabita deskami.
Bonnie stanęła na wprost mieszkania Raby. Drzwi miały jeszcze przyklejoną folię, jakby przybyły wprost ze sklepu. Były pomalowane na ohydny, piaskowo-zielony kolor. Obok znajdował się złoty dzwonek kompletnie nie w guście Pani Glasser. Jednak dobrze zachowana karteczka obok dzwonka mówiła co innego. 
- Zawsze dzwoniłam i pukałam najgłośniej jak się dało. Victoria nigdy tego nie lubiła..
- Victoria?
- Młodsza siostra Raby, nie ważne.. - Hurricane uderzyła pięścią w drzwi najmocniej jak się dało, chciała wyrzucić z siebie cały ból, aby tylko nie myśleć o swojej mamie, Rozalii. Jeśli Raby również już by tu nie mieszkała - co było prawdopodobne ze względu na stan budynku - to młodej Hurricane chyba kompletnie pękłoby serce. 
- Chyba jednak ich nie ma.. - powiedziała blondynka, kładąc delikatnie rękę na ramieniu nastolatki. Zrobiła to delikatnie, ażeby znów się nie sparzyć.
- To bez sensu.. - Hurricane wzruszyła ramionami z zawiedzioną miną. Uderzyła jeszcze w tej ohydny, złoty dzwonek i zeskoczyła z impetem ze schodów. To była nie lada przygoda miażdżąc resztki marmuru i wciąż nazywając je schodami. 
Nagle usłyszała skrzypienie drzwi. Zdrętwiała. Odwróciła głowę w stronę drzwi. Ujrzała znajomą twarz blondynki. 
- Kociak.. - potrząsnęła głową w zażenowaniu - znaczy.. Shel? Tak? Co Ty tu.. robisz?! 
- Bonnie! - Krzyknął ktoś z mieszkania. 
Hurricane momentalnie wskoczyła po wszystkich gruzach schodów i wyminęła Shel w drzwiach. W korytarzu ujrzała znaną jej twarz. Długie, czarne włosy. Bystre spojrzenie i gromadka piegów na nosie. Raby Glasser żyła. 
- Ja.. Ty nawet nie wiesz co ja przeżyłam - Hurricane wskoczyła w jej ramiona. Raby również ją uściskała, jednak nic nie powiedziała. Prawdopodobnie jej ciało owładnął szok. 
- A co z Arianą? Jest tutaj? - Na twarzy brunetki malował się ogromny uśmiech który młoda Glasser odwzajemniła. 
- Raby, jest tu jeszcze ktoś.. - odezwała się niemrawo Shel, zasłaniając ciałem wnętrze klatki. 
- Bonnie! - Raby złapała przyjaciółkę za ramiona ściskając je w strachu - Przyprowadziłaś tutaj kogoś? - Wyszeptała. 
- Tak to.. właściwie to sama nie wiem. Ale można jej zaufać, tak myślę.
- Jej? - Raby przybrała zdezorientowaną minę - dobra, wpuść ją,
Shel momentalnie przesunęła się, ażeby krucha blondynka mogła wejść do środka. Ulleyele z początku nieśmiało, przeskoczyła przez próg i stanęła w drzwiach tuż obok Shel. Zilustrowała wnętrze, które choć pozbawione mebli wyglądało dostatecznie do zamieszkania. Następnie wzrokiem odszukała znajomą twarz, gdy przypadkowo natrafiła na ciemne jak noc oczy. Wydawały się wyjątkowo głębokie i czarujące. Ulleyele nie mogła oderwać od nich wzroku, co piękniejsze, one odwzajemniały jej poczynania. Ta chwila, choć dla blondynki zdawała się być jak wieczność - trwała krótko. Została przerwana przez zdziwiony głos Shel.
- C-Czy wy się znacie? 
- Chciałam o to samo zapytać.. - brunetka podrapała się po głowie. Wkroczyła w przestrzeń pomiędzy Raby, a Ulleyele co ostatecznie sprawiło, że skoncentrowały się one własnie na niej,
- Ja widzę ją pierwszy raz w życiu, jednak.. to dziwne uczucie - wyszeptała czarnowłosa przecierając ręką zmęczoną twarz. 
Nagle wszystkie usłyszały grzmot dochodzący z dużego pokoju. Drzwi były zamknięte, jednak dźwięk był głośny. Przypominał wybicie szyby. 
- Co to takiego?! - Bonnie jęknęła, choć najciszej jak potrafiła.
- Shel, BonBon i ty.. schowajcie się w pokoju. Ja to sprawdzę. W razie co, Shel wyprowadź stąd Bon i uciekajcie. 
- Co się dzieje, Raby? - Wydusiła z siebie ostatnie słowa jakie zdołała, gdyż po nich poczuła słodki, różany zapach po którym padła na ziemię jak kłoda. Nie tylko ona zresztą. Wszystkie prócz Ulleyele popadły w głęboki, cichy sen osuwając się na ziemię. To skołowało Lily.
- Wernm.. - powiedziała cicho blondynka - WERNM! - Wrzasnęła po chwili wbiegając do dużego pokoju. W środku unosiło się jeszcze echo jej wrzasku. Wszystko przez brak mebli. 
Na samym środku stał poniszczony stolik i jeden oliwkowy fotel. To właśnie w nim rozgaszczał się mężczyzna średniego wzrostu. Jego rozczochrane blond loki sięgały ramion. Ubrany był zadziwiająco lepiej niźli Ulleyele. Jego ubiór przypominał ludzki, ciemno-szara skórzana kurtka i czarne jeansowe spodnie. Prócz tego ciężkie buty. Brakowało mu tylko koszulki. Był niesamowicie blady, prawie jak blondynka której przyglądał sie czarnymi jak dwa węgle oczami.
- Witam siostrzyczko, mamusia wzywa na kolacje.. - powiedział spokojnie z pogardą w głosie. 
- Co tu robisz? - warknęła całkiem poważnie, co spowodowało tylko zmarszczenie czoła u blondyna.
- A od kiedy zrobiłaś się taka niegrzeczna? Masz wracać do Eteru, mama się martwi.
- Ty dniami i nocami pałętasz się po świecie ludzi. Dlaczego ja nie mogę? 
Wernm zaśmiał się podpierając dłonią czoło. To ją zirytowało.
- Nie ja o tym decyduję. Twoje ludzkie koleżanki usną na zawsze, nie masz po co tu wracać. 
- Nie możesz ich zabić.. - zacisnęła zęby.
- Akurat robiłem się głodny, a ich dusze wypadają dobrze na tle tych wszystkich szarawych w tym mieście.
- Po pierwsze, to nie są ludzie. Po drugie, jedna z nich to mój żywiciel*.
- Po pierwsze, te dwa się nie łączą. Po drugie, jak to TWÓJ ŻYWICIEL? - wysyczał ze złości.
- Jestem jej aniołem stróżem. Zabijając ją, zabijesz mnie. Mamusi chyba tym nie udobruchasz - zaśmiała się szyderczo,
- Kurwa mać - zaklął i wstał z fotela. Ulleyele ujrzała jak jej brat znika, a obok niej błyskawicznie przemknęły małe kolorowe drobinki, które minęły ją w drzwiach. Gdy przyjrzała się odrobinę baczniej, ujrzała w nich kontury Wernmna. Obróciła się na pięcie i skierowała do korytarza.
Czarnooki kucnął pochylony nad blondynką.
- To Shel - podpowiedziała mu.
- Całkiem ładna. To twoja?
- Nie - Lily chrząknęła - to ta po lewej - wskazała palcem na Raby, która leżała w kącie. Wernm spojrzał na czarnowłosą z pogardą. 
- Żyje? - spytała.
- Nie powinna.  
- Ale czy żyje?
- Skoro żyjesz, to znaczy, że żyje! Jednak.. cholera - zaklął i uderzył pięścią w płytki. 
- Co się stało? - podeszła do niego i pogłaskała go czule po ramieniu.
- Kompletnie nie mam pojęcia jak to się stało. Shimute** zabije każdego człowieka w ciągu minuty. Po prostu zasypia i nigdy się nie budzi. Nie rozumiem jak mogły to przeżyć. Wszystkie,
- Skoro to przeżyły.. to kiedy się obudzą?
- Nie wiem, do cholery! Nigdy czegoś takiego nie widziałem... Człowiek powinien od tego umrzeć,
- A może.. żadna z nich nie jest człowiekiem? 

...

Żywiciel - osoba, którą opiekuje się anioł stróż. Poniekąd jest on związany ściśle związany ze swoim człowiekiem. Jeden anioł opiekuje się jednym człowiekiem. 

Shimute - zdolność pochodząca z żywiołu powietrza. Osoba, która jest obdarzona talentem powietrza potrafi wytworzyć dym o dowolnym zapachu. Zabije on każdego człowieka, który oddycha tlenem zmieszanym z ów dymem. Słowo te pochodzi z języka, którym posługują się Siostry, wymarłego eterskiego. Oznacza ostatnią posługę. Niektórzy sądzą, że Siostry zabierając duszę człowieka, który zmarł ze starości wytwarzają Shimute. jest to ostatni zapach, jaki czują ludzie w swoim życiu. Najczęściej ma słodki zapach, jednak zależy on tylko i wyłącznie od upodobania osoby, która używa Shimute. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz