17 wrz 2015

0. Prolog

      Godziny za godzinami wylatywały z ich wątłych żyć, tracili je podczas wykonywania zrzuconych na nich obowiązków. Zrzuconych przez ludzi wyższych, nie wiadomo pod jakim względem ważniejszych. Wszyscy byli zlepkiem kilku kości, różnej maści skóry i litrów płynów. Czy aby na pewno? Oczywiście, że nie. Eterioni doskonale znali naturę odmienną jej ludowi, naturę Hellonów. Pozostawali jeszcze niczego nieświadomi ludzie. Ci to dopiero pozostawali zagadką! Teoretycznie byli od nich słabsi, w końcu ich ciało zużywało się po kilku latach, niezbyt dobrze znosili zmiany temperatur czy bardzo łatwo było ich zranić. Pozostawała jedna rzecz, której wszyscy im zazdrościli. To była dusza. Dusza, pokarm, energia, która wszystkim, ukrywającym się ludom była niezbędna do życia.

      Nastał kolejny dzień, słońce otarło swoje promienie o popękane skały. Jego blask dotarł nawet do najniżej usytuowanych budynków, przedarł się przez zlepione żywicą okna, irytując najmłodszego pomocnika w bibliotece. Chłopiec obsunął lekko workowatą pościel, przetarł spocone czoło i postawił nogę na kafelkach. Były zimne i drażniące, dzieciak syknął ze złości. Wydawał się młody, niewyrośnięty, ledwo wystający spod lady bibliotecznej. Jego oczy świeciły żółcią, a włosy żyły własnym życiem. Higiena osobista nie była dla niego najważniejsza. Zresztą dla nikogo kto miał dyżur od samego rana by była.
 — Mestama! — Warknął starczy głos.
Chłopiec usłyszawszy swe imię, odwrócił się, jednak zauważył tylko wystającą, kościstą rękę. Doskonale wiedział, czyja była. Na samą myśl, że jego udręka zacznie się od samego rana, westchnął teatralnie, jakby gotowy zginąć za chwilę wytchnienia.
 — Mestama, takie same z ciebie gówno, jak z twojego ojca! Nic się żeś nie nauczył na służbie w kapliczce Marbajskiej — burknął i wysunął się w końcu, ukazując swe paskudne oblicze.
Szare kudły, jakby przez samo niechlujstwo związane w najohydniejsze warkoczyki w całym Hellionie. Zwisały mu niedbale aż do samych kolan. Starzec chodził pochylony przez większość czasu co rusz potykając się i klnąc. Przysłonił swoje niedokarmione ciało kawałkiem śmierdzącego trunkiem wora, a usta "przyozdobił" szerokim, obrzydzającym uśmiechem.
 — Mam nadzieję, że Twoje następne wcielenie będzie piękną blondynką o dużych.. --
 — Zamknij mordę i idź tam pozamiatać. Musi tu być porządek.. — westchnął i usadowił się na stołku. — Coś Ty taki rozmarzony? Chłopcze, gdybym miał na imię Mestama, myślałbym o tym, jak przeżyć.
 — Wszyscy przeklęci lądują usługując u Zegara. Ja po prostu mam pechowe imię...
 — Pechowe jak jasna cholera. Sama Naleien wystraszyłaby się potwora o twych oczach, a co dopiero słysząc to imię...
 — Naprawdę zaczynam mieć już tego dość! — Chłopiec tupnął w złamaną deskę i odrzucił miotłę gdzieś w kąt stanąwszy przed staruchem. — Nie wiem dlaczego życie tak się potoczyło, przecież to imię to nie koniec świata! Przez błahostkę muszę być więźniem jakiejś przeklętej istoty, która odradza się na nowo co siedemnaście dni na jeszcze bardziej paskudną, niż była przedtem! — Odwrócił się na pięcie i skierował w stronę drzwi.
 — Mylisz się - powiedział Zegar, co tylko zatrzymało chłopaka. — Mylisz się.
 — Mylę? — odwrócił się do niego z udawaną ciekawością. — A jakim to sposobem, coś żem pomylił?
 — Mestama to zwiastun śmierci — powiedział wydłubując resztki z zębów — koniec świata, przekleństwo.. Ktoś inny w tym pomieszczeniu wydaje się być przeklęty, głupi bachor. Nie wiem co w głowie musiała mieć twoja matula, że zrobiła ci coś takiego.
 — A może to nie ona? - Chłopak warknął tylko z nadzieją, jakby sam do siebie, ściskając pięść. Podszedł do miotły i powrócił do poprzedniej roboty.
 — Teraz się już nie dowiem...
Wytarł dokładnie wszystkie dębowe półki z opadniętego kurzu. Przetarł mokrą szmatą ludzki zegar z kukułką. Każdego dnia zastanawiał się, dlaczego liczą czas. W Hellionie każdy żył od świtu do zmroku. Nikt nie przejmował się czasem.
 — Nie myśl za wiele o ludziach — sapnął staruch.
 — Nie masz nic innego do roboty tylko zaglądać mi do głowy? — Oburzył się. 
 — Ta myśl nie daje Ci spokoju już od bardzo dawna. Rozkojarzysz się. — Wstał z krzesła. — Już się nie dołuj tak. Nigdy nie wyjdziesz z biblioteki, a co dopiero spotkasz człowieka. Głupi i naiwny chłopak. — Splunął i podszedł do lady. — wytrzyj to.
 — Jaki w ogóle jest sens trzymania takich bzdetów tutaj? Kręci się ta strzałka i kręci.. i co nam z tego.
 — Nic po tym dla nas. Ale dla ludzi ma duże znaczenie. 
 — Duże znaczenie... liczenie godzin i dni. Miesięcy? Na cholerę? — Chrząknął młodzieniec. Wydawał się poirytowany. Schylił się i wytarł gęstą ślinę staruszka z podłogi.
 — Ludzie ograniczeni są tylko czasem. Ciągle im go brakuje. Im nie została podarowana nieśmiertelność... Nie dziwię się, że przyjmują tutaj coraz głupsze sieroty. Te przynajmniej tyle nie gadają, a ty pozwalasz sobie na zbyt dużo.
 — Za cholerę nie wytrę wszystkich tych półek. — Mruknął Mestama sam do siebie wyłączając się z bezsensownego bełkotu starca. Zniknął za półkami, ażeby choć nie musieć na niego patrzeć.
 — Te cholerne pierdki Mochii przyjdą dzisiaj po --
Nagle tak irytujący, charczący głos urwał się. Przez chwilę zaniepokoiło to Mestamę. Zawiesił się w myślach.. a może to już 17 dzień? Tak chyba wypadło. 
      Wychylił głowę zza półek i próbował odszukać starca wzrokiem. Nie było to trudne. Leżał na podłodze. Mestama pierwszy raz zobaczył, jak z Zegarowego Starca wylatywało życie. Z sinych, popękanych ust wyciekał czarny płyn. Wylewał się na podłogę formując nowe ciało. Trwało to dosłownie chwilę, aż chłopiec mógł podziwiać nowe wcielenie Zegara. Jego oczy były ślepe, błądzące po pomieszczeniu. Włosy miał złociste, jednak przede wszystkim.. był tylko małym chłopcem. Nowy Zegar stanął na baczność, recytując tradycyjne słowa:


"Nie zawsze istniały dwie strony... światłość i ciemność, miłość i nienawiść, piękno i szkaradność. Świat zaczął się od czegoś pomiędzy. Stwórca nie zawsze tworzył rzeczy idealne. Tak samo jak nie zawsze tworzył rzeczy ułomne. Wszystkie się od siebie różniły. Wszystkimi się przejmował. Nawet w czasie, gdy zapadał w głęboki sen - nigdy nie przestawał troszczyć się o swoje dzieło.
Pierwszy sen stwórcy był najgorszy. Stworzenia, które powołał do życia wydawały się szybko ginąć. Nie miały celu by przetrwać. Nikt ich nie kontrolował. Zaczęły zjadać się nawzajem, a te, które były słabsze, zostawały pozostawione same sobie. Stwórca szybko wybudził się ze snu. Dlaczego istoty nie mogły żyć razem ze sobą bez wiecznych konfliktów? Stwórca zdawał sobie sprawę, że nie mógł stworzyć wszystkich istot na równi. Jeśli całe jego dzieło opierałoby się na równowadze, świat nie miałby nic, co by go napędzało. Postanowił poróżnić istoty jeszcze bardziej. Jednak zawarł w tym postanowieniu jednocześnie równowagę i chaos. Coś, co wydawało się niemożliwością. Niestety nie dla Stwórcy.

Stworzył ludzkie i anielskie ciała wdrążając w nie dusze. Ludzkie ograniczył kruchym ciałem niszczejącym z wiekiem. Anielskim podarował różne talenty, dzięki którym mogły ingerować w sprawy ludzi i zwierząt. Miały opiekować się słabszymi, posiadającymi dusze. Jeśli jednak odmówiłyby troski dla ludzi to szybko utraciłyby to, co zyskały. Po śmierci ludzi niektóre z nich mogły zjeść najczystsze dusze. Dzięki temu rosły w siłę i talenty. Jeśli jednak ich człowiek zginie inną śmiercią niż zaplanował Stwórca -  Anioł ginął razem z nim. 
Stworzył też zwierzęta, niektóre obdarzył duszą. Te, które ją posiadały zesłał do świata ludzkiego. Te, które zostały ich pozbawione czekało wieczne życie w świecie anielskim. Były zbyt niebezpieczne dla bezbronnych ludzi. 
Mimo wszelkich starań, Stwórca nie mógł zasnąć. Anioły niechętnie podchodziły do protekcji ludzi, gdy Stwórca był we śnie. Postanowił więc rozszczepić się.

Stworzył dwóch Synów. Jednemu przydzielił część podniebnych ziem i nazwał ją Eterem, drugiemu przydzielił tereny czarnych chmur i nazwał go Hellionem. Przydzielił im zadanie ochraniania ludzi. Mieli obowiązek zbierania najczystszych dusz. Ten, który zbierze ich więcej odrodzi się na nowo wraz ze swoimi anielskimi stworzeniami. 

Stwórca zapadł w najgłębszy sen. Trwa on do dziś. "

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz